Wywiady

2017/02/11 Onet.com - Jacek Magiera: decyzje podejmowałem na Jasnej Górze

Piłkarze mówią, że wystarczy, by zajrzał pan komuś w oczy i już wie o nim wszystko. Co by pan zobaczył, gdyby popatrzył w lustro?

Najważniejsze, że mogę spojrzeć sobie w oczy. Popełniłem wiele błędów, ale nie celowo.

Widzi pan w lustrze człowieka, któremu się udało?

Jakiś czas temu byłem w Castoramie. Podszedł do mnie kolega, który wykładał płytki i stwierdził: „Tobie Jacek, to się udało”. Zacząłem się śmiać. W młodości on też grał w piłkę, był zdolny. Tylko że kiedy ja pracowałem, on się bawił. Dziś on pracuje w sklepie, ja jestem trenerem Legii. Zapracowałem na to, co mam. Wielu było ode mnie zdolniejszych, ale trochę głupszych.

Życie jest sprawiedliwe?

Tak, ale trzeba nim odpowiednio kierować, stworzyć warunki, by osiągnąć cel.

To myślenie idealisty.

Jestem nim, ufam ludziom, na czym wiele razy się sparzyłem. Ale dobrze mi z takim podejściem. Ważne, kim się otaczamy. W Sosnowcu przyszedł do mnie człowiek i narzekał na wszystko. Poszedłem do lasu wyrzucić negatywne rzeczy z głowy. Nie ma sensu się nimi nakręcać.

Nie zmienił się pan jako człowiek, ale już podejście do innych osób – tak. Zachowuje pan większy dystans, choćby do dziennikarzy.

Wielu rzeczy wciąż się uczę, asertywności też. Moja praca się zmieniła, bo dziś to ja podejmuję decyzję, ode mnie zależy, czy w zespole jest dyscyplina, czy rozpierducha. Świadomie się dystansuję, inna jest rola pierwszego trenera, inna asystenta. Dużo czasu spędzam na obserwacji, rozmowach ze sztabem. I planowaniu, by mieć mapę, według której jadę. W drodze do celu można zboczyć z kursu, ale trzeba mieć wyznaczone, do czego się dąży.

Kiedy pana celem stało się objęcie posady trenera Legii?

W 1998 roku sporządziłem kartkę z pięcioma celami prywatnymi i pięcioma zawodowymi. Od tamtej pory realizuję je krok po kroku. Cel musi być zapisany, nie może fruwać w powietrzu. Jako 29-latek skończyłem karierę z myślą, by zostać pierwszym trenerem. Dawałem sobie dziesięć lat na naukę. Pięć lat temu nie przyjąłbym propozycji Legii, nie czułem się przygotowany. Moja droga prowadziła przez rezerwy i Zagłębie Sosnowiec. To była świadoma ścieżka.

W sierpniu 2015 roku mówił pan, że jest gotowy samodzielnie prowadzić drużynę.

Merytorycznie tak, psychicznie – nie. Po latach bez urlopu byłem zmęczony. To się kumulowało, potrzebowałem czasu, by wyjechać z rodziną, trochę się ponudzić. Od razu po rozstaniu z Legią nie przyjąłem oferty z GKS Tychy. Pół roku poświęciłem na reset, zorganizowałem konferencję na Stadionie Narodowym. Przygotowywałem się dwa miesiące, zrobiłem plan, jak działać, gdy obejmę zespół.

Odpoczynek jest równie ważny jak praca?

Ważniejszy. Najwięcej błędów popełnia się w stanie zmęczenia, kiedy głowa jest rozgrzana. Po odejściu z rezerw Legii namnożyło się emocji, moje myślenie nie było takie, jak powinno. Potrzebowałem odpoczynku. W końcu zacząłem się nudzić, wtedy żona Madzia powiedziała: „Widzę, że wracasz do żywych, bo ciągnie cię na boisko”. Znów miałem radość z planowania, prowadzenia treningów. Wcześniej sensowne przemawianie do młodych ludzi w drugiej drużynie stało się trudne. Byłem zagubiony, rozdarty.

Piłkarze to wyczuwają?

Na pewno. Pamiętam początki, kiedy z wielką chęcią wstawałem o piątej rano i jechałem do klubu z głową pełną pomysłów. Przyszedł jednak moment, w którym trudno było się podnieść. Brakowało uśmiechu i zapału. Zawsze chcę być z piłkarzami szczery. Dziś, podczas luźnych rozmów, sami mówią, że Magiera z początku i końca pracy w rezerwach to dwie różne osoby. Czasem lepiej odejść. Trener musi zapalać zawodników, żeby czuli wsparcie i pewność. Jeden piłkarz napisał mi dedykację: „Dobry trener jest jak świeca. Zużywa się, dając światło innym”.

Nie boi się pan, że spalając się w pracy nie starczy ognia, by ogrzewać rodzinę? Syn ma 2 lata, córka niecałe 5. Łatwo przegapić ważne momenty w ich życiu.

Mam obawy, bo same wyjazdy na zgrupowania to prawie dwa tygodnie bez rodziny. Kiedyś nie docierało do mnie, że ktoś może tęsknić za dwuletnim dzieckiem. Dziś się dziwę, że tego nie dostrzegałem. Kiedy byłem kawalerem, przynosiłem pracę do domu. Wstawałem o 7 rano, jechałem do klubu na 8, wracałem o 19, zjadałem kolację, włączałem komputer i siedziałem do nocy. Teraz staram się maksymalnie wykorzystać czas w klubie, laptopa zostawiam w gabinecie i, kiedy wchodzę do mieszkania, chcę być przede wszystkim tatą. Od kilku lat nie pracowałem w domu, jestem dla dzieci.

Ich narodziny pana zmieniły?

Zmieniło się moje myślenie jako trenera. Kiedy w przeszłości ktoś tłumaczył, że nie przyjedzie na trening, bo musi jechać do lekarza z chorym dzieckiem, nie przyjmowałem tego do wiadomości. Uważałem, że ma być profesjonalistą. Dziś jestem bardziej wyrozumiały.

Czyli trener też musi swoje przeżyć.

Oczywiście. Jestem na początku drogi i na pewno popełnię wiele błędów. Jeśli w wieku 40 lat ktoś mówi, że wszystko wie, to oznacza, że nie wie nic. Każdy sezon i zawodnik czegoś uczy.

Czego nauczył Steeven Langil?

Jeszcze więcej cierpliwości. Nie skreśliłem go. Zagarł w moim debiucie w Lizbonie, zmieniłem go w przerwie. Wyjechał na Martynikę na 10 dni, kiedy wrócił, byliśmy w Szczecinie. Drużyna zaczęła dobrze grać, nie widziałem sensu zmieniać. Gdyby był bardziej cierpliwy, więcej czasu spędzał na boisku, dostałby szansę. Nie mam wpływu na to, co powiedział, więc się tym nie przejmuję.

Dorosłych zawodników trudniej wychowywać niż młodzież?

Każdego można, tylko muszą chcieć. W Legii bardzo zmienili się Nikolić i Prijović. Rozmawialiśmy i widziałem, że słuchają. Najgorzej, kiedy ktoś jest uparty. Na jednej z pierwszych odpraw powiedziałem, że dla mnie liczy się „elka” na piersi, nie nazwisko na plecach. Nigdy nie będą ważniejsi niż klub. Legia da sobie radę bez Magiery, Nikolicia, Vukovicia itd.

Co pana w sobie irytuje?

Z obcokrajowcem nie potrafię rozmawiać tak, jak z Polakiem. Poruszamy w tym wywiadzie życiowe kwestie, z piłkarzem z zagranicy nie pozwoliłby mi na to język. Dla mnie jest ważne, by poznać piłkarza od każdej strony. Często pierwsze dwa tygodnie współpracy są kluczowe, decydują o dalszych relacjach. Tak jak oni mają się uczyć polskiego, tak ja się uczę angielskiego. Dwa razy w tygodniu mam dodatkowe lekcje, pracuję każdego dnia.

Da się pana sprowokować?

Jako dziecko byłem furiatem, rzucałem się na podłogę, tupałem. Uspokoiłem się w podstawówce, potem nikt nie wyprowadził mnie z równowagi.

Kiedy czuł pan strach?

A co to jest strach?

Ja go odczuwam wobec wydarzeń, na które nie mam wpływu.

Mogę się bać o bezpieczeństwo rodziny, kiedy słyszę o zamachach. Czułem niepokój przed ważnym egzaminem albo meczem. Zastanawiałem się, czy będę dobrym ojcem. Ale to był niepokój. Strach czują osoby dokładne.

Czyli pan – człowiek, który wszystko chce mieć ułożone, też?

Kiedy uczeń idzie do szkoły pewny? Jeśli jest przygotowany, wtedy siada w pierwszej ławce i wypina klatę do przodu. Kiedy nic nie umie, chowa się w ostatnim rzędzie i unika kontaktu. Przygotowałem się do pracy od lat, dlatego jej się nie boję. Często pytam zawodników, co to jest psychologia. Pływacy powtarzają, że ktoś wygrał, bo pracuje z psychologiem. Wtedy odpowiadam, że dziesięciu innych też z nim rozmawia, ale nie wygrywa. To byłoby za proste. Psychologia to przygotowanie mentalne, fizyczne, taktyczne, techniczne itd.

Zawodników to przekonuje?

Jestem trenerem, który zarządza i decyduje, od prowadzenia treningów są inni. Wtedy mam czas na obserwację. Patrzę na zawodników na boisku, ale też na to, co robią w hotelu, na stołówce, w autokarze. Najwięcej widzę, gdy siadam z piłkarzem przy stoliku, twarzą w twarz. Wtedy nic przede mną nie ukryje.

Gdzie się pan widzi za pięć lat?

Chciałbym pozostać sobą. Więcej nie planuję, nie jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłości. Jarek Wojciechowski, który prowadzi Akademię Zagłębia Sosnowiec, namawiał, żebym pojechał z nim na mecz Legii z Borussią. Wahałem się, ale zostałem, bo miałem za dużo pracy. „Pojadę na inny” – odparłem. I faktycznie, byłem na pięciu pozostałych, tyle że już jako trenerm na ławce rezerwowych. Człowiek planuje, Pan Bóg się śmieje.

Czym jest dla pana wiara?

Wszystkie najważniejsze decyzje życiowe podjąłem na Jasnej Górze: o końcu kariery, małżeństwie, pracy w Zagłębiu i Legii. Tam zaczynam dzień, zwykle chodzę o 7 rano, kiedy jest najmniej pielgrzymów. Jadąc z Sosnowca do Warszawy wstąpiłem na Jasną Górę koło południa, poszedłem do miejsca, w którym zawsze w ciszy i zadumie układam myśli. Wyszedłem z bazyliki z gotowym planem, jak pracować przez najbliższe tygodnie.

40. urodziny, które obchodził pan 1 stycznia, to ważna data?

Banał, że coś zmieniają. Wszedłem w kolejną, poważną dziesiątkę życia. Sztuką nie jest bawić się po 20-tce, tylko po 40-tce.

Teraz się pan bawi?

To, co robię to przyjemność. Wiele razy oglądam w nocy mecze, przygotowuję trening i odprawę. Nie czuję się zmęczony, bo to kocham. Zmęczenie przychodzi w trudnych chwilach, po porażkach. Nie mieliśmy jeszcze kryzysu, na razie cały czas byliśmy na fali wznoszącej. Wiem, że to nie będzie trwało wiecznie, przed nami najtrudniejszy moment, wysoko zawiesiliśmy poprzeczkę. Przyjdą chwile, że będziemy się cieszyć z wymęczonego 1:0, przytrafią się porażki. I wtedy będzie się liczyć potęga drużyny i sztabu.

Rozmawiała Iza Koprowiak

2014/11/25 Legia.com - Jacek Magiera podsumowuje rundę

Autor: Maciej Prusiński

Zrodlo: Legia.com Link do strony www.Legia.com z wywiadem

W ostatnim czasie będący pod sporym ostrzałem, choć jego praca przyczyniła się zarówno do świetnych wyników osiąganych przez pierwszy zespół, jak i tych w Centralnej Lidze Juniorów. – Czułem się jak Matka Teresa, która pomaga wszystkim dookoła, karmi ich bochenkiem chleba, a sobie zostawia okruszki – mówi w rozmowie z legia.com szkoleniowiec rezerw, Jacek Magiera. Zapraszamy do lektury wywiadu!

Ciężkie pięć miesięcy za panem. Najtrudniejsze w dotychczasowej pracy przy Łazienkowskiej?
– Jako pierwszy trener pracuję od niespełna roku, to dopiero moja druga runda w tej roli. Na pewno inaczej wygląda kwestia podejmowania decyzji – wcześniej, będąc drugim trenerem, uwaga nie była tak bardzo skupiona na mnie, niektóre rzeczy przechodziły więc bezboleśnie. Człowiek dąży jednak do nieustannego rozwoju, a ja, dzięki decyzji podjętej w styczniu tego roku, zrobiłem bardzo duży krok naprzód. Pod każdym względem. Doświadczenia, które zdobyłem na przestrzeni tego roku, nie zdobędzie się czytając nawet tysiące książek czy oglądając masę filmów szkoleniowych. Trzeba przez to wszystko przejść samemu, doświadczyć pewnych rzeczy na własnej skórze. Powiem w ten sposób – to było trudne pół roku, nie ma co tego ukrywać, ale i bardzo dobre pół roku. Ta nauka na pewno zaprocentuje w przyszłości. Może zabrzmi to dziwnie, ale cieszę się, że stało się tak, jak się stało – mam dzięki temu inne spojrzenie na wiele spraw i spotykając się z tego typu problemami za pięć czy dziesięć lat, będę mądrzejszy, niż byłem w styczniu.

Mówiąc „inne spojrzenie na wiele spraw” ma pan na myśli komunikację między pierwszym a drugim zespołem?
– Między innymi tak. Sztaby „jedynki” i „dwójki” muszą się dotrzeć. Przecież tak naprawdę wcześniej wogóle się nie znaliśmy. Były pewne niedoskonałości w naszych relacjach, pewne rzeczy sobie wyjaśniliśmy, sporo nowych ustaliliśmy za zamkniętymi drzwiami, bo tam powinno się to odbywać. Legia jest zbyt poważnym klubem, aby jakiekolwiek sprawy załatwiać na zewnątrz. Wszyscy jesteśmy bardzo ambitni, ale liczy się przede wszystkim dobro Legii. Do tego musimy dążyć. Był pewien moment kryzysowy, wyniki nie były zgodne z oczekiwaniami z początku sezonu, ale dzięki tym właśnie rozmowom wiemy, na czym stoimy.

Postrzeganie całej sytuacji musiało zmienić się z obu stron.
– I tak też się stało. Zmieniła się cała nasza współpraca, która jest teraz na o wiele wyższym poziomie niż na początku. Wszystkim wyszło to więc na dobre. Będziemy robić wszystko, aby z tej współpracy jak najwięcej korzyści miał pierwszy zespół i sami zawodnicy, choć są to oczywiście naczynia powiązane, bo naszym celem jest dostarczanie „jedynce” piłkarzy gotowych, ogranych, którzy wchodząc do Ekstraklasy nie będą mieli żadnych obaw, nie będą odstawać.

Ciągłe „schodzenie” piłkarzy pierwszego zespołu do drugiego odbija się jednak na zawodnikach, bo ci, którzy mogliby grać w „dwójce”, grają w Centralnej Lidze Juniorów, a ci, którzy powinni grać w CLJ, grają jeszcze niżej.
– Po części to prawda, ale zależy nam na zdobyciu mistrzostwa w Centralnej Lidze Juniorów. Wielokrotnie, jako koordynator obu zespołów, tak rotowałem zestawieniem, aby zarówno w jednej, jak i drugiej drużynie składy były optymalne. Zdarzało się nawet tak, że piłkarze będący w doskonałej formie odsyłani byli do CLJ, aby tam pomóc w zdobywaniu punktów. Przed sezonem zakładaliśmy, że z „dwójką” walczymy o awans, ale nasze plany zostały zweryfikowane z różnych powodów. W pierwszej bowiem kolejności liczy się przygotowanie zawodników do gry w pierwszym zespole i mistrzostwo w Lidze Juniorów. Nie zmienia to faktu, że w każdym meczu dążyliśmy do zwycięstwa, ale przy takiej rotacji, jaka miała miejsce w ostatnim półroczu, III ligi wygrać się po prostu nie da. W kadrze na 17 meczów znalazło się łącznie 45 piłkarzy, co jest przeogromną liczbą. Z tych 45 grało aż 42 – tylko trzech nie podniosło się z ławki. Nie może być więc mowy o stabilizacji czy zgraniu. Pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć, a bywało tak, że zawodnicy przychodzili do nas tylko na mecz, bez żadnego wspólnego treningu. Jestem jednak w stu procentach przekonany, że Legię stać na awans, w niedalekiej przyszłości go wywalczy i będzie grać w II lidze.

Czuje się pan przez to wszystko nieco poszkodowany? Koordynuje pan Legię II i CLJ, gdzie nasi zawodnicy przewodzą tabeli. Ci, którzy dostają swoje szanse w „jedynce”, zazwyczaj też je wykorzystują. Robi więc pan dobrą robotę dla jednych i drugich, a najbardziej cierpi na tym „dwójka”. Również w internecie…
– Gdybym miał się przejmować komentarzami w internecie, to prawdopodobnie nie pracowałbym w sporcie. Nie interesuje mnie opinia osoby anonimowej, która siedzi przed komputerem, nie widzi meczu i na podstawie suchych wyników lub własnego widzimisię wyraża swoją opinię. Jestem świadom, że za wyniki odpowiedzialność bierze przede wszystkim trener, ale znam swoją wartość. Zawsze do wszystkiego podchodziłem profesjonalnie i jestem gotów, aby pracować na wysokim poziomie. Owszem, był moment, kiedy czułem się jak Matka Teresa, która pomaga wszystkim dookoła, karmi ich bochenkiem chleba, a sobie zostawia okruszki. Tak to w pewnym momencie wyglądało. Wszyscy byli zadowoleni, a wyniki drugiej drużyny odbijały się na mnie. Traktuję to jednak jako doświadczenie, a ocenę mojej pracy – pozytywną lub negatywną – zostawiam właścicielom klubu. Jeśli uznają, że nie wykonuję jej dobrze i będą szukali na moje miejsce kogoś innego – uszanuję to. Znam swoje miejsce w szeregu, ale z drugiej strony wiem co chcę osiągnąć i moje ambicje nie kończą się na prowadzeniu drugiej drużyny. Na wszystko potrzeba jednak czasu, a każdą szansę trzeba jak najlepiej wykorzystać. Zawodnikom powtarzam często „luck is what happens when preparation meets opportunity”. Tłumacze to tak, że każdy z niecierpliwością czeka na swoją szansę, a gdy przychodzi co do czego, to nie potrafi jej wykorzystać i ma pretensje do wszystkich dookoła. Trzeba być na nią nieustannie przygotowanym i tyczy się to nie tylko piłkarzy, ale i trenerów. Wszystkie nasze działania podporządkowane są więc temu, aby w przyszłości nic nas nie zaskoczyło.

A gdzie sięgają pana ambicje? Czuje się pan teraz lepszym trenerem?
– Zdecydowanie. Na wiele spraw patrzę inaczej niż kilka lat temu, kiedy byłem jeszcze drugim trenerem. Dziś muszę zarządzać nie tylko zawodnikami, ale i sztabem szkoleniowym, medycznym i w jak największym stopniu wykorzystać ich potencjał. Współpracownicy większą robotę wykonują na boisku, prowadzą treningi, ale do wszystkich mam bardzo duże zaufanie i uważam, że sztab drugiej drużyny jest dobrze dobrany pod względem merytorycznym oraz mentalnym. Pracują u nas fachowcy, którzy na pewno daleko zajdą. Krzysiek Dębek przez wiele lat pracował z młodzieżą i wielu zawodników wychował oraz ukształtował np. taktycznie. Rafał Kubów wykonuje kawał dobrej roboty analitycznej, a także związanej z treningiem indywidualnym, Tomek Grudziński z przygotowaniem fizycznym, Arek Białostocki z treningiem bramkarskim. Do tego kierownik drużyny Marcin Muszyński i sztab medyczny z „maserami” Marcinem Batorem, Sebastianem Karstem, Przemkiem Wielebskim, którzy dostępni są dla zawodników praktycznie 24 godziny na dobę. Wszystko to „hula” jak należy i nie ma w naszym działaniu żadnych nerwowych ruchów. Dziś nie jestem w stanie powiedzieć, jakie będą moje cele w przyszłości, choć moje ambicje sięgają bardzo wysoko. Poprzeczkę podnoszę sobie stopniowo, w miarę osiąganych sukcesów – to samo robiłem będąc jeszcze piłkarzem. Ludzi, z którymi występowałem na jednym boisku, a którzy dziś działają w profesjonalnej piłce, mogę policzyć na palcach jednej ręki. Nie byli wystarczająco konsekwentni, zdeterminowani czy pracowici. Talent, liczne kontakty i dobry manager to nie wszystko. Mając to, owszem, można otrzymać swoją szansę. Ale jeszcze raz powtórzę – trzeba być na nią przygotowanym.

Czyli mimo, że rok do łatwych nie należał, jest satysfakcja z tego, co udało się zrobić?
– Jest duża satysfakcja. Sześciu zawodników – którzy byli u nas w ubiegłej rundzie – zadebiutowało w pierwszej drużynie Legii w Ekstraklasie – czy to nie jest najważniejsze? Patrząc wyłącznie przez pryzmat wyników może wydawać się to dziwne, ale nie da się wygrać ligi 16- czy 17-latkami. To są młodzi, zdolni ludzie, ale potrzebują czasu. Gdy zbyt wcześnie zerwie się z drzewa jabłko, które wygląda pięknie, może okazać się, że jest jeszcze kwaśne. Tak samo jest z piłkarzami – muszą dojrzeć. Gdy na początku wpuszczaliśmy na lewą obronę Hołownię, to nie wiedział jak ma się poruszać, co robić, do tego doszedł jeszcze stres i w konsekwencji chłopak bał się kopnąć piłkę. Ostatni mecz był w jego wykonaniu najlepszy, co znaczy, że zrobił progres, a cierpliwość popłaciła. To samo było z Wieteską czy Ryczkowskim w poprzedniej rundzie. Łatwiej jest wejść do drużyny – co spotkało np. Krystiana Bielika – gdy wokół ciebie grają Jodłowiec, Vrdoljak, Rzeźniczak czy Saganowski. Wtedy mogą udzielić ci wielu wskazówek, zaasekurować, a nawet przestawić na boisku. Zupełnie inaczej jest, gdy obok ciebie jest drugi 17-latek, który też boi się odezwać. Cały łańcuch rzeczy wpływa na kształtowanie się zawodnika. Przede wszystkim trzeba być cierpliwym, ja staram się taki być i dam tym chłopakom tyle, ile tylko będę mógł. Od nich oczekuje tego samego. Jeżeli nie będą pracować, to nic nie osiągną, a na przebieg kariery składa się masa szczegółów.

Prezes Leśnodorski powiedział w wywiadzie dla legia.net coś takiego: „Największy kłopot jest chyba w ambicjach. Jak młody chłopak trenował z pierwszym zespołem, a po chwili ma zagrać w juniorach, to powstaje jakiś problem w głowie”. Pan by się pod tym podpisał?
– Nie do końca, zależy to od charakteru i świadomości. Gdy z Legii II ktoś „schodzi” do juniorów, zazwyczaj wygląda tam jak profesor, bo gra z równieśnikami. Ale ten, który „schodzi” z „jedynki” do nas, gra z przeciwnikami starszymi od siebie i na boisku zaczynają się większe problemy, bo brakuje mu doświadczenia. Człowiek chce osiągnąć jak najwięcej. Gdybyśmy na początku roku porozmawiali z jakimkolwiek 17-letnim zawodnikiem drugiej drużyny, to oddałby on wszystko, żeby tylko trenować z pierwszym zespołem. Kiedy już tam trafi, to samo trenowanie przestaje go interesować i chce coraz więcej. Przebywa w szatni z zawodnikami, którzy mają lepsze kontrakty, którzy są rozpoznawani na mieście, wśród kibiców, którzy powoływani są do kadry, których zaprasza telewizja. Patrząc na nich otwiera buzie i też chce być taki. Nie interesuje go tylko trening, chce zacząć grać. W pewnym momencie dochodzi do sytuacji jak z jabłkiem – piłkarz się stara, pięknie wygląda, ubrany w strój Legii niczym nie różni się od pozostałych, z zewnątrz wszystko cudownie, ale jest „kwaśny”, brakuje dojrzałości. Brakuje szczegółów, które decydują o tym czy gra czy nie. Zaczyna się frustracja i szukanie błędów dookoła, zamiast pracować nad własnymi słabościami. „Schodząc” w takiej sytuacji do drugiego zespołu, zawodnik ten nie gra na sto procent swoich możliwości, ale nie dlatego że nie chce, ale głowę ma zaprzątniętą zupełnie innymi sprawami, często niepotrzebnymi, które powinien szybko z niej wyrzucić, aby jej nie zaśmiecać. Jednak w zawodowym sporcie u młodych ludzi to normalna rzecz, której trzeba się nauczyć. Z drugiej strony to właśnie w tym wieku – między piłką juniorską a seniorską – jest największy przesiew, największa selekcja. Kolejna rzecz – w juniorach często bierze się zawodnika na bok i tłumaczy mu się powody, dla których nie gra. W zawodowej piłce sentymentów już nie ma, każdy musi zakasać rękawy i zasuwać. Tam są rodziny, sława, europejskie puchary – niby wszyscy nadal są kolegami, ale tak naprawdę walczą między sobą o grę, powołania i piłkarskie życie. Zdrzemniesz się na moment i od razu ktoś wchodzi na twoje miejsce, a ciebie nie ma. Kolejna sprawa – samozadowolenie. Jestem w pierwszej drużynie, czyli mam to, co chciałem. Kiedyś na odprawie z zawodnikami porównałem to z żabą, którą wrzuca się do gorącej wody. Szybko wyskoczy, zareaguje, bo wie, że coś jest nie tak. Ale jak wrzuci się ją do zimnej wody, to będzie sobie pływać. Zaczniesz powoli podgrzewać wodę i żabie będzie coraz lepiej, przyzwyczai się, rozleniwi, aż w końcu ogłupiała się ugotuje i będzie po niej – sama się załatwi. To samo dzieje się z młodzieżą, która musi nieustannie pielęgnować to, co dostaje od losu. Wiem, że nie jest to łatwe, bo inaczej na świat patrzy się mając 17, a inaczej mając 30 lat. Kiedyś z Górnikiem na Legię przyjechał Błażej Augustyn i mówi do mnie, że gdyby kilka lat temu miał dzisiejszy rozum, to jego kariera wyglądałaby zupełnie inaczej. Wtedy nie chciał mnie słuchać, wydawało mu się, że gadam głupoty. U młodych ludzi to jednak normalne.

Można z tego wysnuć taki wniosek, że problemem młodych piłkarzy Legii jest przemotywowanie. Tym bardziej, że prawie po każdym spotkaniu podkreślał pan, że woli walki odmówić nikomu nie może.
– Każdy się stara, daje z siebie wszystko, ale umiejętności mają różne. Jeden wejdzie od razu do pierwszego zespołu i gra, inny trafia tu okrężną drogą. Jeden będzie szczęśliwy mając 18 lat, drugi 30, gdy po ciężkiej pracy i szkole życia, jaką przeszedł w niższych ligach, osiągnie to, co chciał. Nie ma przepisu na karierę, wszyscy przechodzą indywidualną ścieżkę. Każdy ma patrzeć tylko na siebie i ciężko pracować. Czy zawodnicy są przemotywowani? Nie mogę się z tym do końca zgodzić. W niektórych meczach byliśmy zdecydowanie lepsi, ale brakowało detali wynikających z braku dojrzałości. Mnie cieszy to, że nasi zawodnicy, niezależnie od sytuacji, na treningach zostawiali serce, dawali z siebie sto procent. Każdego dnia wzajemnie się mobilizowaliśmy, bo dzień czy dwa dni później mógł zadzwonić trener pierwszego zespołu i powiedzieć: „X-siński ma jutro przyjść do nas na trening”. X-siński musi być wtedy gotowy, bo ten trening może być najważniejszym w jego karierze, a 10 minut, które dostanie w czasie meczu, może zadecydować o jego dalszych losach.

Ci którzy przez ostatnie pół roku trenowali z „jedynką” są dojrzalsi, zmienili się? Czy „schodząc” do drugiej drużyny w głowie mają ciągle dorosły zespół?
– Mają go w głowie, bo posmakowali tego, do czego dążą. Gdybyśmy w styczniu powiedzieli im, że zagrają jeden mecz w Ekstraklasie, a potem będą musieli występować niżej, to byliby przeszczęśliwi, bo pół roku temu było to dla nich nieosiągalne wręcz marzenie. Ciężką pracą doprowadzili do swojego debiutu i nie interesuje ich już, że miał to być tylko jeden mecz. Chcą więcej i więcej. Muszą jednak wiedzieć, że nie rywalizują już z rówieśnikami, tylko z najlepszymi piłkarzami w tym kraju oraz obcokrajowcami na poziomie reprezentacyjnym, jak Orlando Sa, Miro Radović, Ivica Vrdoljak czy Dusan Kuciak. Topowi zawodnicy. Nikt więc nie będzie stawiał na młodego tylko dlatego, że jest młody. Wracając do pierwszej części pytania – zmienili się i to bardzo. W pierwszej drużynie zwraca się uwagę na inne aspekty, 90 procent ludzi to ludzie bardziej dojrzali, mający swoje rodziny, którzy zdążyli się już wyszumieć. W „dwójce” mamy zupełnie inne problemy – szkoła, dziewczyny, pierwsze miłości. Tam są z kolei większe pieniądze, samochody, inwestycje, rozmowy na zupełnie innym poziomie. Młodym to imponuje, chcą być jak Rzeźniczak, Astiz czy Saganowski. Ale wszystko krok po kroku, trzeba iść swoją drogą, kierować się swoim zasadami, choć w środowisku sportowym nie jest to łatwe, bo zazwyczaj otaczamy się ludźmi zamożnymi.

Mówimy o własnej ścieżce, przepisie na karierę, a w związku z tym spodziewać się należy, że kilku zawodników – którzy liczyli na częstsze występy – zimą będzie chciało odejść – czy to na wypożyczenie czy też definitywnie – i szukać swoich szans w wyższych ligach.
– Na pewno tak, choć myślę, że większe zmiany czekają nas dopiero po zakończeniu sezonu. Z każdym z zawodników będę chciał porozmawiać indywidualnie i wiem, że znajdą się tacy, którzy odejdą. Nikt w Legii skreślony jednak nie będzie. Zdarzały się przypadki, że ktoś szedł na wypożyczenie, a potem trafiał do pierwszego zespołu. Najlepszy przykład to Artur Jędrzejczyk, który był i w Dolcanie, i w Koronie, a dziś jest podstawowym piłkarzem reprezentacji i każdy chciałby być na jego miejscu. Będziemy szukać najlepszej opcji dla każdego piłkarza i na pewno nie zrobimy tak, jak w czerwcu, kiedy – z kilkoma wyjątkami – zostawiliśmy prawie wszystkich. Nie chcę dziś rzucać nazwiskami, ale kilka osób na pewno nas opuści. Nie dlatego, że są słabi, ale chcemy stawiać na młodszych. Ci, dla których III liga to za niskie progi, a Ekstraklasa za wysokie, powinni walczyć o swoje gdzie indziej.

Wypożyczenia są optymalnym rozwiązaniem? Patrząc na to, jak wygląda sytuacja co poniektórych naszych zawodników, można mieć co do tego spore wątpliwości. Przykład Olka Jagiełły jest chyba najlepszym.
– Tu znów musimy wrócić do dojrzałości i metafory z jabłkiem. Niektórym wydaje się, oglądając mecz w telewizji, że daliby sobie radę w Ekstraklasie czy nawet reprezentacji. My drugi zespół traktujemy jak uniwersytet, który ma ich nauczyć życia, walki, gry w seniorach, podejścia do zawodu. Wszystko po to, aby w przyszłości było im łatwiej. Olek Jagiełło w pewnym momencie za szybko trafił do pierwszej drużyny. Potrzebował wtedy stopniowego, harmonijnego rozwoju, nie zebrał wystarczającego doświadczenia w Młodej Ekstraklasie i przeskok okazał się zbyt gwałtowny. Tym bardziej, że Olek wchodził do drużyny nie jako gotowy, uformowany piłkarz, ale taki, który musi o wszystko walczyć. Zawodnik idący z Legii do innego klubu musi robić różnicę – wtedy trener na niego postawi. W II lidze nie ma też takiej rywalizacji, bo na boisku musi przebywać dwóch młodzieżowców, więc o miejsce w składzie jest łatwiej. Problem zaczyna się wtedy, gdy kończy się wiek młodzieżowca i trzeba zacząć walczyć z mężczyznami nawet z rocznika ’77. Po rundzie będziemy rozmawiać z trenerem Bergiem na temat kształtu drużyny, zobaczymy kto dostanie szansę wyjazdu na obóz. Dziś trwa jeszcze Ekstraklasa, Liga Europy – na rozmowy o personaliach przyjdzie czas, choć jesteśmy już na nie przygotowani, mamy raporty na każdy temat i nowe zadania do wykonania. Łatwo nikt miał nie będzie, ale spójrzmy na przykład Sebastiana Mili, który rok temu został odsunięty od zespołu z powodu nadwagi. Był obrażony na wszystkich, na trenera w pierwszej kolejności, wydawało mu się, że jest najlepszy na świecie i nie musi nad sobą pracować. Podejrzewam, że był cholernie wściekły na trenera Pawłowskiego, a dziś uważa, że to świetny fachowiec, bo doprowadził go do miejsca, w którym się teraz znajduje – wrócił do kadry, strzela Niemcom. Pracować nad sobą trzeba całe życie. Jeśli ktoś powie, że wszystko już umie, to będzie to początek jego końca. Największym zagrożeniem nie są imprezy czy alkohol, ale samozadowolenie i szukanie problemów wszędzie, tylko nie w samym sobie. Było już wielu takich, co w wieku 20 lat byli panami świata, a dziś nikt o nich nie pamięta, są wrakami. Jeśli ktoś postępuje w ten sposób, to jest po prostu głupi.

Ciężko jednak przypuszczać, aby chłopcy z rocznika ’94, jak Łukasz Moneta, Łukasz Turzyniecki czy Kamil Kurowski, któremu wypożyczenia nie są obce, mieli jeszcze szansę zaistnieć w pierwszym zespole. Choć pracę wykonują olbrzymią.
– Faktem jest, że pojawiają się już zawodnicy z ’98, a więc młodsi o cztery lata. Ale nie znaczy to, że ci z ’94 są już skreśleni. Każdy z nich nadal może zrobić karierę, może być piłkarsko szczęśliwy. Być może będą zmuszeni do odejścia z Legii, ale za jakiś czas, już z innej pozycji – nie tego, któremu na siłę szuka się pozycji w czasie gierki treningowej, ale tego, który ma wyrobione nazwisko – powrócą. Na nazwisko pracuje się długo i ciężko, trzeba się rozpychać łokciami, ugruntować swoją pozycję. Nie można się poddać. Wywieszenie białej flagi jest najgorsze. Sport nie raz udowodnił już, że można podnieść się nawet z najgorszej pozycji. Zamiast pytać dlaczego nie dano mi szansy, trzeba zapytać samego siebie co zrobiłem, aby tę szansę otrzymać. Nikt z piłkarzy nie ma tu prawa narzekać, wszystko jest w ich rękach, nogach, mają talent, są zdrowi, a warunki w Legii mają takie, jak nigdzie indziej. Niektórzy pojmują to dopiero, gdy odchodzą i wtedy dociera do nich, że mogli się bardziej starać, dać z siebie więcej. Wtedy pozostają im jednak tylko wspomnienia.

Jest w „dwójce” ktoś, kto przez ostatnie pół roku nie zanotował progresu, nie zrobił tyle, ile mógł?
– Każdy z nich zrobił postęp. Każdy jest lepszym piłkarzem, lepszym człowiekiem, bardziej doświadczonym, dojrzałym. Oczywiście jedni byli w lepszej formie, dostawali więcej okazji do pokazania się, ale pamiętajmy, że to wciąż młodzi, 18-, 19-, 20-letni ludzie. A są i młodsi. Gdyby którykolwiek z nich w tym wieku osiągnął apogeum swoich możliwości, to nie byłby w Legii. W klubie pracuje bardzo wielu ludzie – od scoutingu, po szkolenie i akademię – i prawdopodobieństwo pomyłki co do któregoś z nich jest niewielkie. Każdy kto tu jest, musiał na to zasłużyć.

Po ostatni meczu w sezonie powiedział pan, że trenerowi Bergowi poleci Norberta Misiaka. Ktoś jeszcze zasłużył na takie wyróżnienie?
– Norbert na pewno zasługuje na to, aby taką szansę otrzymać. Nigdy nie przebywał z pierwszym zespołem dłużej niż dwa dni. Dwa lata temu zerwał więzadła, mnóstwo czasu spędził na rehabilitacji, długo wracał do zdrowia. Poprzednia runda była w jego wykonaniu udana, ta miniona – bardzo udana. W 13 meczach zagrał w pełnym wymiarze czasowym, został kapitanem i stał się zawodnikiem, od którego dużo zależało. Był wzorem do naśladowania na treningach i może czuć się wygranym. Jestem jednak pewien, że każdy z nich dałby sobie radę w „jedynce”. Pojedynczy zawodnicy wchodząc do treningu ze starszymi wcale nie odstają, co wiele razy zaobserwowałem.

Zatrzymajmy się na moment przy ocenach indywidualnych. Artur Haluch po głupiej czerwonej kartce nie zagrał już ani minuty. To był sygnał dla innych, że nie ma miejsca na „gwiazdorzenie”? Został przykładnie ukarany?
– Był taki moment, że Artur rzeczywiście trochę odleciał. W meczu z ŁKS-em zagrał bardzo dobrze, był przez wszystkich chwalony. Po czerwonej kartce powiedziałem to, co uważałem. Dwa mecze musiał pauzować, a w kolejnych bronili albo Łukasz Budziłek, albo Konrad Jałocha. Było to odgórne polecenie Krzyśka Dowhania. Ostatnie lata były dla Artura trudne – ciągle był czwartym lub nawet piątym bramkarzem, ale uważam, że to półrocze było dla niego udane. Dostał swoją szansę, występował w sparingach przed sezonem, podczas których przekonał nas do siebie i stał się pierwszym bramkarzem Legii II. Inna sprawa, że pierwszy bramkarz Legii II jest tak naprawdę drugim, bo na tę pozycję zazwyczaj „schodzi” ktoś z pierwszego zespołu. Gdyby nie odsyłano do nas Budziłka czy Jałochy, Haluch prawdopodobnie dalej by bronił. Dawid Leleń był w o tyle lepszej sytuacji, że wiek umożliwiał mu jeszcze grę w Centralnej Lidze Juniorów.

Łukasz Budziłek poprawił z kolei nie tylko grę, ale i atmosferę. Świetnie wkomponował się do zespołu, występy w III lidze potraktował bardzo profesjonalnie i wydaje się, że Legia może mieć z niego sporo pociechy.
– Jestem bardzo zadowolony z jego postawy. Rzeczywiście zachowywał się bardzo profesjonalnie, wykonywał swoje obowiązki tak, jak należy. Dodatkowo był dobrym duchem drużyny, szybko złapał kontakt z pozostałymi, aczkolwiek z tym nikt problemów nie miał. Łukasz, jak i pozostali zawodnicy „schodzący” z pierwszego zespołu – Lewczuk czy Piech – z szacunkiem odnosili się do młodszych kolegów, starali się im pomagać. Jedynym wyjątkiem było zachowanie Arka w Aleksandrowie Łódzkim, gdzie dostał czerwoną kartkę i zachował się bardzo nieodpowiedzialnie, co oczywiście ode mnie usłyszał. Takich rzeczy nie toleruję, ale rozmowa pomogła, bo w kolejnych spotkaniach pomagał, zdobywał ważne bramki i został najlepszym strzelcem – pięć bramek w sześciu meczach, do tego jedna asysta. W klasyfikacji kanadyjskiej wyprzedził go tylko Bajdur z czterema golami i czterema asystami. W lidze przeciwnicy się go bali, bo każdy wie, kim jest i gdzie grał Arkadiusz Piech.

Kolejnym wygranym jest chyba Rafał Makowski, który od momentu wskoczenia do składu już miejsca nie oddał i nie było sytuacji, w której by zawiódł.
– Rafał jest wygranym. Grał bardzo dobrze, zaczął od 6. kolejki – w Wieluniu zmienił Czarka Michalaka – i od tamtej pory, z dwiema przerwami, grał we wszystkich meczach w pełnym wymiarze czasowym. Dobrze się wkomponował, uspokoił grę w obronie i może zaliczyć to półrocze do udanych. To bardzo pracowity chłopak, z dobrymi warunkami fizycznymi. Mimo to musimy popracować nad grą głową, bo przy 190 centymetrach nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału. Najbliższy czas poświęcimy na postęp w tym właśnie aspekcie. Stawiamy przy nim duży plus, jesteśmy zadowoleni, on sam też może być.

Mateusz Wieteska i Bartłomiej Kalinkowski – świetny początek sezonu, dobre występy i w „jedynce” i w „dwójce”, potem z każdym meczem forma spadała. Powodów szukać należy w głowie, w „zasmakowaniu” dorosłej piłki, o którym mówiliśmy, czy jeszcze gdzie indziej?
– To są inteligentni, rozsądni ludzie, którym nie trzeba jak krowom tłumaczyć, co mają robić – wystarczy powiedzieć im raz. Są świadomi tego, co przed nimi, jakie mają braki, nad czym muszą pracować. Wahania formy biorą się m.in. z nietypowego rytmu meczowego. Najpierw grali w pierwszej drużynie, potem przyszła przerwa, potem siedzieli na ławce, potem grali w „dwójce”. Odpowiedni cykl i ogranie są bardzo ważne. Inaczej nie czuje się piłki, atmosfery, współpracy z partnerami i w tym widzę jedną z przyczyn. Ich mikrocykl treningowy bardzo różnił się od pozostałych graczy, a w pierwszej i w drugiej drużynie treningi te wyglądają zupełnie inaczej, gramy w różne dni, każdy szykuje optymalną formę na swój mecz. Nie chcę jednak za wiele mówić o tym na forum publicznym, musimy radzić z tym sobie sami, wewnątrz klubu. Od tego są trenerzy przygotowania fizycznego, aby to wszystko miało ręce i nogi.

Krystian Bielik jest z kolei najmłodszy w całej stawce, a do pierwszego zespołu wszedł z ogromnym impetem. W przypadku 16-latka nie można jednak mówić o nie wiadomo jak ciężkiej pracy, którą już wykonał. Ma więc aż tak olbrzymi talent?
– Krystian ma ogromny potencjał, a do tego znakomite warunki fizyczne. Musi dużo pracować nad grą w strefach, taktyką zespołową i indywidualną. Jeździłem na wiele stażów, sympozjów i konferencji, gdzie miałem okazje porozmawiać z trenerami juniorów w znanych europejskich klubach. Mój wniosek dotyczący największej różnicy między prowadzeniem trampkarzy, juniorów czy juniorów młodszych w Polsce i na Zachodzie jest następujący: tam dyscyplinę taktyczną trzyma się przez całe spotkanie, niezależnie od tego, ile ono trwa. U nas dyscyplina trzymana jest do stanu 3:0, bo mecze kończą się nawet dwucyfrówkami. Drużyna przeciwna nie zmusza bowiem do gry w strefie czy bronienia się. I w tym jest rola trenera, aby tę dyscyplinę narzucić. Ciężko jednak być skoncentrowanym na grze przy takich rezultatach. Potem mamy jednak zderzenie z Europą – nie umiemy się wrócić do obrony, odpowiednio ustawić, są złe odległości między formacjami, brakuje pressingu. Krótko mówiąc nie umiemy zareagować na to, co robi rywal. Zdarza się, że najmłodsi chłopcy w Legii celowo ustawiają się na własnej połowie, a przeciwnik i tak nie chce atakować. W tym elemencie przeskok jest zbyt duży, bo potem wydaje im się, że wystarczy wziąć piłkę, okiwać kilku zawodników i zdobyć bramkę. Zaczęliśmy o Krystianie, ale tyczy się to wszystkich. Bielik zagrał w sześciu meczach, ale na pewno był zawodnikiem wyróżniającym się – szczególnie z Sokołem czy Pogonią Grodzisk. Należy dać mu czas, ciągle musi nad sobą pracować. Miałem okazję poznać jego rodziców, kilkukrotnie przeprowadzałem z nim indywidualne rozmowy i wiem, że ma poukładane w głowie. Oby tylko wiedział, czego chce i dążył do realizacji swoich celów.

Dwa mecze w tym sezonie pokazały, jak ważna jest u piłkarzy głowa. Spotkanie z Wartą Sieradz, któremu towarzyszyła niesamowita euforia, ale przede wszystkim derby z Polonią, które bez doświadczenia Piecha i Lewczuka wygrać byłoby ciężko.
– Na pewno bez nich byłoby inaczej, ale trudno powiedzieć, jak wtedy ułożyłby się ten mecz. Nie sprawdzimy tego i nawet nie zamierzam się nad tym zastanawiać. Zacznę od Warty, bo to był nasz najlepszy mecz w tym sezonie. Od początku do końca był pod naszą kontrolą, dominowaliśmy, graliśmy tak, jak trenowaliśmy – „zszedł” do nas jedynie Łukasz Budziłek. Zagraliśmy więc składem, który się dobrze zna i to było widać. Mecz pokazowy. Wtedy napięcie się rozładowało, zeszło z nas ciśnienie, radość rzeczywiście była ogromna. Co do Polonii – nastawialiśmy się na trudny mecz. Jadąc do Kleszczowa na trybunach jest 16 osób, w Aleksandrowie Łódzkim może 50, a atmosfera nie meczu, tylko sparingu. W derbach spodziewaliśmy się wrogo nastawionej publiczności, która mogła nas jednak tylko zmobilizować. Cały czas powtarzaliśmy chłopakom, że mają skoncentrować się na sobie i na tym, co dzieje się na boisku, a nie na trybunach. Niektórzy pierwszy raz wystąpili w takiej atmosferze, ale nie pękli. Może poza ostatnimi kilkunastoma minutami, kiedy rozpaczliwie się broniliśmy, chcąc dowieźć wynik do końca. Wcześniej mieliśmy jednak szanse, aby go podwyższyć, co nie udało się właśnie przez gorące głowy. Patrząc na wszystkie mecze w tej rundzie, byliśmy najmłodszą drużyną w całej lidze. Średnia wieku Legii II wyniosła „jesienią” 19,8 – z Piechem, Lewczukiem, z meczem z Lechią, gdzie grali Pinto, Rzeźniczak czy 35-letni Saganowski. To bardzo młody zespół. Średnia wszystkich pozostałych drużyn wyniosła z kolei 24,5. Olbrzymia różnica jeśli chodzi o doświadczenie. Najmłodszy skład mieliśmy w meczach z Targówkiem, Radomiakiem i Startem Otwock – średnia 18,5. Radomiak miał wtedy 24,9, a z gry, techniki i boiskowego zachowania wcale nie było tego widać. Nie mamy się więc czego wstydzić. Zabrakło doświadczenia, fauli na połowie rywala, szybkiego przerywania kontr, opóźniania akcji czy asekuracji. Wszystko to przychodzi z wiekiem. Radomiak to robił, dzięki czemu nas wypunktował. W każdym meczu – mówię to w pełni świadomie – byliśmy od rywali lepsi technicznie. Po starciu z ŁKS-em, który ma w swoich szeregach kilku piłkarzy z ekstraklasową przeszłością – dziennikarze mówili na konferencji, że dawno nie widzieli drużyny grającej tak nowoczesny futbol jak Legia. To bardzo cieszy i jest dla nas budujące. Dla zawodników i trenerów to dobra nauka.

A z czego wynika fakt, że sześć z siedmiu porażek miało miejsce u siebie, a sześć z siedmiu zwycięstw odnieśliście na wyjazdach?
– Dla mnie to największy paradoks tej rundy, nie potrafię tego wytłumaczyć. Biorąc pod uwagę mecze na własnym boisku, jesteśmy na ostatnim miejscu w tabeli. Patrząc na mecze wyjazdowe jesteśmy liderem. Na pewno jest to temat do dyskusji, do głębszego przemyślenia. Na Polonię przyszło 3 tysiące widzów, na ŁKS 2,3, na Broń Radom niespełna tysiąc – może to jest przyczyna, bo w Sulejówku, mimo że warunki do gry mamy świetne – wielu kibiców się nie pojawia. Czy zawodników paraliżuje obecność członków sztabu pierwszej drużyny i przedstawicieli władz klubu? Może, chociaż tak być nie powinno, byłby to duży problem. Zawodnik, których chce grać na wysokim poziomie, nie może patrzeć na trybuny i być sparaliżowany obecnością trenera Berga. Są mecze, kiedy gra się przy kilkudziesięciu tysiącach, pojawia się prezydent, politycy, aktorzy, rodzina czy kibice, którzy w Warszawie są bardzo wymagający – i co wtedy? Taki ktoś nie nadawałby się do piłki.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Radomiaka, który mecz z Legią wygrał wprawdzie pewnie, ale niczym specjalnym nie zachwycił. Przewagę w tabeli ma jednak bardzo dużą. Jest poza zasięgiem wszystkich rywali?
– Nie, sporo spotkań szczęśliwie im się ułożyło, potrafili wypunktować przeciwnika. Kilka wygranych spowodowało, że odskoczyli całej reszcie. Różnica punktowa faktycznie jest zbyt duża. Po meczu z nimi, gdy wszyscy machnęli na nas ręką, usiedliśmy wspólnie z chłopakami ze sztabu i postawiliśmy sobie za cel drugie miejsce na koniec rundy. Było to bardzo realne, byliśmy w stanie zacząć wygrywać. Najbardziej żałuję meczu z Pelikanem, który zagraliśmy na wysokim poziomie. Dodatkowe trzy punkty dałyby nieco inny obraz całej sytuacji.

Zamykając więc już temat całego zamieszania, które towarzyszyło „dwójce” – dlaczego mecz z Lechią wyglądał tak, jak wyglądał? Rozmowa z Henningiem Bergiem odbyła się przecież przed spotkaniem z Wartą i gdy wydawało się, że wszystko wraca do normy, nagle w składzie pojawia się prawie 11 piłkarzy „jedynki”, a z ławki drużyną dowodzi Paco.
– Taka została podjęta decyzja. Przed tym meczem rozmawiałem z trenerem Bergiem, który chciał, aby to spotkanie tak właśnie wyglądało i koniec tematu… Uważał, że skoro w kadrze jest 13 zawodników pierwszego zespołu, to tak będzie najlepiej. Ja się na to zgodziłem. Gdybym powiedział „nie”, być może wyglądałoby to inaczej. Tak zostało to ustalone, ale prasa widziała w tym wszystkim drugie dno, temat został rozdmuchany. Ze swojej strony nie chcieliśmy już nawet tego komentować. Cały mecz okazał się jednak jednym wielkim niewypałem, bo wynik nie był taki jak powinien – porażka 0:3 z ostatnią drużyną w tabeli jest niedopuszczalna. Po czasie nie ma już co szukać problemów, działamy dalej.

Jaki jest w takim razie cel Legii II na drugą rundę? Gdzie chcecie znaleźć się na koniec sezonu?
– Nie chcę w tej chwili mówić, czy będzie to drugie czy trzecie miejsce. Zobaczymy, którzy zawodnicy zostaną na „wiosnę”, którzy odejdą, kto przyjdzie, kto będzie „wskakiwał” do „jedynki”. Gramy o jak najlepszy wynik – ja jestem ambitny, zawodnicy też i chcemy wygrać wszystko, co tylko się da. Czas pokaże, które zajmiemy miejsce. W pierwszej kolejności patrzymy na rozwój, dopiero potem na wynik, dlatego rozmowy o awansie póki co odkładamy na bok, bo nie da się wygrywać cały czas eksperymentując składem. Potrzebna jest stabilizacja. W klubie zapadły decyzje, że liczy się rozwój, a awans na pewno przyjdzie. Czy za rok, czy za dwa – zobaczymy.

Przerwa zimowa będzie w tym roku wyjątkowo długa. Jaki jest plan przygotowań do kolejnej rundy?
– To też jest duży problem. Rozgrywki skończyliśmy 15 listopada, w Centralnej Lidze Juniorów skończą się 30 i na swoich obiektach zamierzamy trenować do 12 grudnia. Do 5 stycznia zawodnicy będą mieli wolne, wtedy wrócą do treningów indywidualnych z Tomkiem Grudzińskim – choć oczywiście dostaną rozpiski z wytycznymi na przerwę świąteczną – a 12 stycznia zaczniemy przygotowania drużynowe. Do 22 lutego zagramy pięć lub sześć sparingów – pod balonem lub na wyjeździe, jeśli pozwoli na to pogoda. Na koniec chcemy wyjechać na wspólne zgrupowanie „dwójki” i CLJ. Tam będziemy szlifować formę przed rundą rewanżową, która zacznie się w marcu. Nie jest to korzystne dla młodych zawodników, ale taka jest specyfika pracy w niższych ligach, gdzie nie ma podgrzewanych muraw i oświetlenia. Trzeba więc robić wszystko, aby trafić w takie miejsce, gdzie gra się częściej.

2012-03-29 - www.2x45.com.pl - Mamy 40 nowych Wolskich

Tyle się mówi o Akademii Młode Wilki, która w ostatnim czasie dostarczyła do pierwszego składu Legii kilku niezwykle obiecujących piłkarzy, ale w gruncie rzeczy niewiele o niej wiadomo. 2×45.com.pl zaprasza więc na obszerny wywiad z Jackiem Magierą, drugim trenerem Legii, który był jednym ze współzałożycieli Akademii. – Sama nazwa mi się nie podoba, bo kojarzy się z filmem dającym zły przykład młodym – zdradza nam Magiera.
2×45.com.pl: – Jak zaczął się temat powstania Akademii? W końcu nie jest Pan jej jedynym założycielem.
Jacek Magiera: – Spotkaliśmy się kiedyś z Maćkiem Murawskim, Tomkiem Sokołowskim (starszym – red.) oraz szefem marketingu, Piotrkiem Strejlauem i doszliśmy do wniosku, że warto coś takiego zrobić. Początki były trudne, treningi odbywały się w parku albo na zakolach starego stadionu. Krótko mówiąc – tam, gdzie się dało. Jakoś to ciągnęliśmy. Jako zawodnicy pracowaliśmy dla akademii trochę z doskoku. Pomagaliśmy przy naborach, czy treningach, natomiast organizacyjne zadania spadły na barki innych osób. Już na początku dostaliśmy „błogosławieństwo” od dyrektora generalnego, Leszka Miklasa.

– Czyli nie było żadnego problemu, aby przekonać do pomysłu ludzi z klubu?
– Nie było. Dyrektor był zadowolony z naszego pomysłu. Wiadomo, że ówczesne warunki bywały różne. Bez zaangażowania odpowiednich osób, sponsorów, nie byłoby dzisiejszych efektów. Przez pierwsze dwa, trzy lata, korzystaliśmy głównie z indywidualnych kontraktów. Bardzo duży wkład w rozwój Akademii miał Andrzej Trzeciakowski, który szukał sponsorów. Stanął na jej czele i załatwiał mnóstwo spraw. Obecnie jest w Delcie Warszawa. Gwałtowny rozwój Akademii nastąpił, gdy do Legii weszła grupa ITI. Dopiero wtedy pojawiły się większe fundusze.

– „Młode Wilki” – ktoś maczał palce w tej nazwie?
– Osobiście mi się nie podoba. Nie używam tego zwrotu, mówię po prostu Akademia Piłkarska Legii Warszawa. Kojarzy mi się z filmem, na którym młodzi ludzie nie powinni się wzorować. Oczywiście nie miał on żadnego wpływu na tę nazwę. Przypadkowa zbieżność.

– Jakie więc było początkowe zainteresowanie ze strony głodnych gry „wilków”?
– Na pierwsze nabory przychodziło mnóstwo zawodników. Każdy marzył, żeby zostać piłkarzem wielkiego klubu. Wiedzieliśmy, że pierwsze efekty Akademii przyjdą dopiero za kilkanaście lat. Pierwsze grupy, przede wszystkim rocznik 1991, były królikami doświadczalnymi, na których próbowało się wielu rzeczy. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie wszystko wyglądało, jak należy. Pamiętam, że młodzi chłopcy ze wspomnianego rocznika, wyprowadzali nas jeszcze na murawę stadionu Legii.

– Nie było chwil zwątpienia?
– Pomysł zrealizowaliśmy pod wpływem chwili. Dołożyliśmy cegiełkę do jej rozwoju. Wiedzieliśmy doskonale, że Akademia nie będzie funkcjonować bez kilku podstawowych rzeczy. Przede wszystkim zainteresowanego ideą właściciela klubu, który będzie łożył pieniądze. Po drugie planów treningowych, szkoleniowców, szkół, internatów… To szło etapami. Jeśli chodzi o pion treningowy, to duże brawa należą się Mirkowi Trzeciakowi, który wprowadził wiele nowości dzięki swoim hiszpańskim kontaktom. Obecnie uznanie należy się dyrektorowi Jackowi Mazurkowi, który siedzi w klubie od rana do wieczora. Za sprawy organizacyjne Fundacji Akademii odpowiedzialny jest Krzysztof Ziętek. My, jako piłkarze, zrobiliśmy pierwszy krok, ale bez wielu innych osób nie udało by się odnieść sukcesu.

– Nie tylko Panu w Akademii brakuje ośrodka treningowego z prawdziwego zdarzenia. Jest szansa, że w końcu powstanie?
– Bardzo bym chciał. O ośrodku rozmawia się już długo. Inwestycja jest ogromna. W takich sytuacjach dużą rolę odgrywa miasto – samorząd. Uratowanie jednego, trzech, czy dwudziestu zawodników jest szalenie ważne. Zamiast spędzać czas w parku, mogą wyładowywać energię na boisku. Nie sądzę, aby powstało to w ciągu najbliższych dwóch lat, ale wierzmy, że niebawem polskie kluby doczekają się takich warunków.

– Akademia stoi otworem tylko dla najlepszych. Jak Pan to zdefiniuje? Na podwórkach jest masa świetnych chłopaków.
– Nie tylko na podwórkach, choć rzeczywiście – najwięcej ich jest w małych miejscowościach. Młodzi ludzie muszą spotkać na swojej drodze osoby, które je zauważą, dadzą im szansę i pokierują w odpowiedni osób. Wiadomo, że nie wyłapiemy wszystkich wyróżniających się zawodników. Często zależy to od czystego przypadku. Dwa razy na kwartał Akademia przeprowadza nabory, na których chłopcy przechodzą testy pod okiem naszych trenerów. Z każdym rokiem dzieciaków przybywa. Najlepsi zostają, a pozostali idą do drużyn filialnych. Zdarza się, że zawodnicy mieszkający na obrzeżach Warszawy nie mają możliwości dojazdu na stadion Legii i trenują właśnie we współpracujących z klubem zespołach. Robią postępy, a do nas wracają po jakimś czasie.

– „Zawodnicy muszą spotkać na swojej drodze odpowiednie osoby”. Zatem ile osób pracuje dla Akademii?
– Każda drużyna ma jednego trenera i asystenta. Jest szkoleniowiec od przygotowania fizycznego, który zajmuje się całą akademią. Przy każdej drużynie stoi kierownik, są lekarze, masażyści, osoby odpowiedzialne za rehabilitację, ale także dbający o rozwój mentalny, psychologowie… Nie wspominam już nawet o zarządzie i dyrektorach, którzy non stop szukają nowych pomysłów.

– Bez wątpienia najliczniejszą grupą są szkoleniowcy. Do Akademii ciężej dostać się jest zawodnikom, czy właśnie chcącym w niej pracować trenerom?
– Jest to dość trudne pytanie. Drużyna może liczyć nawet 30 zawodników. Pod tym względem nieco łatwiej jest jednak młodym chłopakom. Trenerzy przechodzą przeróżne szkolenia. To nie są ludzie z przypadku. Często są absolwentami AWF albo byłymi graczami Legii, jak Tomek Sokołowski. Wielu obecnych i byłych legionistów ma podpisane aneksy, dające im możliwość pracy w Akademii. Dla dzieci i młodzieży jedną z kluczowych spraw jest pokaz, a więc to, co trener pokazuje na treningach. Można nie wiadomo jak długo tłumaczyć coś 10-latkowi, a on tego nie zrozumie, bo nie potrafi sobie jeszcze wyobrazić. Kładziemy szczególny nacisk na połączenie teorii z praktyką.

– Łącznicy, czyli szkoleniowcy zatrudnieni w Akademii, pracują tylko dla niej?
– Kiedyś trenerzy traktowali zajęcia z młodzieżą jako dodatek do podstawowej pracy, za którą dostawali pieniądze. Byli do tego zmuszeni. W tej chwili w Legii wszyscy zatrudnieni są na etatach, przez cały dzień mogą koncentrować się na Akademii. W innych klubach nie zawsze tak jest. Trenerzy pracują w szkołach, czy innych placówkach, bo kluby nie mają pieniędzy. Świetni fachowcy muszą uciekać do innej pracy, aby utrzymać rodzinę. Miejmy nadzieję, że to się zmieni.

– Dyrektor Akademii, pan Jacek Mazurek zdradził, że Legia wydaje na nią 4 miliony złotych.
– To prawda. Potrzebny jest nam ośrodek, a wtedy ilość pieniędzy automatycznie wzrośnie. Działamy na takich zasadach, na jakich możemy. Oczywiście, wyższy budżet daje większe możliwości. W Polsce jesteśmy numerem jeden, a w Europie pieniądze wydaje się w milionach euro.

– Jak te pieniądze mają się do startu Akademii?
– W pierwszych latach szkółkę finansowali głównie rodzice. Były składki, choć nie pamiętam już, ile wynosiły. To były jedyne źródła dochodu. Finanse zależały więc od liczby członków Akademii.

– Obecnie fundację sponsoruje nie tylko ITI, ale również mniejsi, niezwiązani z samą Legią sponsorzy.
– Zgadza się, mamy wielu sponsorów. Wyszukuje ich dyrektor Fundacji, Krzysztof Ziętek. Świetnie wykonuje swoją pracę. Jest wielu sponsorów, którzy obejmują sponsoringiem i „prowadzą” jeden rocznik. Liczymy, że będzie ich jeszcze więcej.

– Ostatnia inicjatywa Pepsi, „Wspieraj piłkarskie talenty” jest godna pochwały?
– Jak najbardziej. Cieszymy, się, że taka firma postanowiła pomóc chłopakom. Bardzo ważne, żeby trenowało ich jak najwięcej. Poprzez trening młodzi ludzie uczą się charakteru i samodyscypliny. Nie ukrywajmy, nie każdy 8-, czy 10-latek, który do nas przychodzi będzie wielkim piłkarzem. Niemniej jednak wychowani przez futbol ludzie mają zaszczepiony charakter, walkę, radzenie sobie w trudnych sytuacjach. Radzą sobie w dorosłym życiu.

– Wiadomo, że w życiu ważna jest nauka. Piłkarze z Akademii uczą się tylko i wyłącznie w szkołach, które z nią współpracują?
– Wcześniej mieliśmy wyjątki: zawodnicy rocznikowo z ostatniej klasy gimnazjum, którzy trenowali z pierwszą drużyną, uczęszczali do szkoły wieczorowej. Ogólnie staramy się, by wszyscy zawodnicy kształcili się w jednej szkole. Tak jest dużo łatwiej. W czasie spotkań nie ma całej klasy i dany chłopak nie ma problemów z nadrabianiem materiałów. Nauczyciele z góry wiedzą, kiedy nie będzie ich w szkole.

– Jest jakiś regulamin typu: nie przykładasz się do szkoły – wylatujesz z Akademii?
– Akademia pilnuje, jak zawodnicy zachowują się w szkole oraz poza nią. Jak na razie nie mieliśmy wielkich wybryków. Jest regulamin wewnętrzny, który ukazuje, co to znaczy być legionistą i zakładać koszulkę z „eLką”. Bycie piłkarzem Legii nie ogranicza się tylko do boiska. Jest się nim jadąc samochodem, autobusem, odwiedzając kolegę, czy idąc do kina. Staramy się, aby piłkarze byli dumni z tego, że należą do Legii. Oczywiście, zdarzają się sytuacje, w których regulamin jest łamany. Efekty i konsekwencje są różne. Zdarzało się, że dwóch, trzech zawodników musiało opuścić Akademię. Czasami trzeba poświęcić jednostkę dla dobra ogółu.

– Czyli zdarzają się takie sytuacje, jak ta związana z piłkarzami Młodego Lecha?
– Aż takie nie. To karygodne, że młodzi piłkarze spędzają w ten sposób czas. Mam nadzieję, że nasi zawodnicy tak nie postępują. To niedopuszczalne. Przy takim zachowaniu zaniedbanych zostało wiele rzeczy. To rola nie tylko trenerów, ale i wychowawców, rodziców, kolegów, czy autorytetów, z którymi spędzają czas w szatni. Młodym zawodnikom trzeba dużo tłumaczyć. Świetnych piłkarzy w wieku 16-18 lat, którzy się pogubili, było mnóstwo. Muszą wiedzieć, że trzeba wykorzystywać każdy moment, a wszystko można stracić w ułamku sekundy.

– Wspomniał Pan o regulaminie. W takim razie, które punkty są przekraczane najczęściej?
– Wiadomo, że zawodnikowi najbardziej zależy, żeby występować na boisku. Często więc pojawiają się problemy ze szkołą, koncentracją i przygotowaniem do zajęć. W tym aspekcie jest dużo do poprawy. Wychodzimy z założenia, że każdy z nich powinien pozostać sobą. Zdarzają się sytuacje, że pójdą na dyskotekę, ale to jest normalne. Nie można zabronić, by zawodnicy po sezonie nie mogli się pobawić. Wszystko musi mieć jednak swoje granice. Nie może być takich sytuacji, jak ta w Poznaniu. Pokazuje to, że ci młodzi chłopcy nie są jeszcze dojrzali i powinno się im poświęcać więcej czasu. Wielu głupieje po podpisaniu pierwszego kontraktu. Wydaje im się, że złapali pana Boga za nogi. Rzeczywistość sprowadza ich na ziemię. Dochodzi do tego, że młodzi ludzie są na tyle zadowoleni z siebie, że zapominają o rozwoju. Myślą, że dostaną wszystko za nic.

– Pamięta Pan jakichś zawodników, którzy w ten sposób zmarnowali wielki talent?
– Jest ich mnóstwo. Nazwiska nic nikomu nie powiedzą, bo są anonimowi. „Iksińskiemu” kiedyś wydawało się, że jest wielkim piłkarzem, grał na wysokim poziomie, ale na więcej nie pozwolił mu charakter i lenistwo. Było wielu reprezentantów Polski, którzy rozegrali po 50 spotkań w wieku 16 lat, a potem nie przebili się do seniorskiej piłki. Natomiast byli tacy, którzy nie grali w kadrach młodzieżowych, a potem występowali na wielkich imprezach z pierwszą reprezentacją. Nie jest powiedziane, że ten, kto dzisiaj jest kozakiem, za kilka lat będzie wielkim piłkarzem.

Grając w Częstochowie, w wieku kilkunastu lat, nie widziano we mnie dużego potencjału. W grupie byłem może dziesiąty w „kolejce”. Okazało się, że zrobiłem największą karierę, bo cały czas wiedziałem czego chcę. Nie zawsze sam talent wystarcza. Ktoś ma 70 procent talentu, dodaje 30 pracy i nic nie osiąga. Ja miałem 30 procent talentu, a reszta to ciężka praca. Apeluję o to, żeby zbyt wcześnie nie kreować gwiazd, ponieważ nie każdy potrafi to wytrzymać. Każdy chce słyszeć o sobie tylko i wyłącznie dobre rzeczy. Chłopak za szybko może uwierzyć, że jest megagwiazdą i kosztuje nie wiadomo ile. Wtedy powie, że skoro każdy tak uważa, to nie musi już dawać z siebie maksimum. Cieszmy się, że taki Wolski, czy Żyro grają, ale dla mnie największą satysfakcją będzie, jeśli będzie o nich głośno za kilka lat. Zawodników, którzy rozegrali trzy dobre mecze, a później się zagubili, też było sporo.

– Najważniejsza jest psychika. W Akademii zajęcia z psychologami są obowiązkowe?
– Są obowiązkowe, istnieje Szkoła Mistrzów. Drużyny mają odpowiednie zajęcia nie tylko w klubie, ale również poza nim.

– Wspomniał Pan o Wolskim, wokół którego jest obecnie mnóstwo szumu. To piłkarz z największym potencjałem, który wywodzi się ze szkółki?
– Na pewno jest to zawodnik, który ma największe możliwości. Choć nie zapomnijmy o innych, którzy postępy robią krok po kroku. Jeśli Rafał będzie pracował, miał chłodną głowę i będzie pazerny na sukcesy, to może być zawodnikiem europejskiego formatu. Na razie do tego daleka droga. W wielu rocznikach są wyróżniający się zawodnicy. Kwestia czasu, kiedy o nich usłyszymy. Na pewno nikt nie dostanie gry w pierwszym zespole za darmo.

– W takim razie, ilu macie w Akademii takich Wolskich?
– Nie no, Wolskich mamy dwóch Jest Rafał i Paweł… Niektórzy się nazywają Kopczyński, Breś, Radziszewski, Szumski. Mógłbym tak wymienić ze czterdziestu. Wszystko zależy od nich. Oczywiście przeogromna jest rola trenerów, a później menedżerów. Nie może być tak, że interesują się zawodnikiem tylko wtedy, gdy mu idzie i strzeli kilka bramek. Młody człowiek potrzebuje ludzi zaufanych, którzy pomogą mu również w złych chwilach. Wiem, że Wolski jeszcze będzie miał dołek. Żyro też będzie w dołku. Każdy będzie! Gra młodych zawodników przypomina sinusoidę. Tu ważna jest rola wszystkich osób z najbliższego otoczenia.

– Współpracujecie z jakimiś menedżerami, którzy przejmują Waszych zawodników?
– Nie, nie ma takiej współpracy.

– Celem Akademii jest włączenie do pierwszej jedenastki Legii jak największej ilości wychowanków. Siedmiu, ośmiu? Jest to realne?
– Pewnie, że byśmy chcieli, ale trzeba szczerze przyznać, że bez piłkarzy z zewnątrz wychowankowie nie będą robili postępów. Popatrzmy na ostatni sezon. Gdyby nie Ljuboja i Żewłakow młodzi nie mieliby się od kogo uczyć. Drużyna musi być mieszanką rutyny z młodością. Nie ma złotego środka. Trzech obcokrajowców, siedmiu Polaków i jeden wychowanek albo odwrotnie… Nie ma klucza, który da odpowiednie korzyści. Zespół nie może składać się z 11 gwiazd, bo nie byłoby komu pracować. Chodzi mi tutaj oczywiście o brak graczy niezauważanych przez media, harujących przez pełne 90 minut. Dopiero dzięki nim, ci pierwsi mogą koncentrować się na grze do przodu.

– Ale nie wierzę, że gdyby został Pan trenerem pierwszego zespołu, nie włączyłby Pan do niego jeszcze większej ilości wychowanków.
– Proszę mnie o to nie pytać. Nie jest powiedziane, że kiedykolwiek nim zostanę. Być może w celu trenowania pierwszej drużyny będę musiał odejść do innego klubu. Zobaczymy. Aktualnie staram się pomagać młodym chłopakom we wchodzeniu do drużyny. Podpowiadam trenerowi Skorży, aby dawał im szanse, jednak to on decyduje, kto znajdzie się w kadrze.

– Pańskim zdaniem każdy ekstraklasowy, a nawet pierwszoligowy zespół powinien mieć podobnie dobrze rozwiniętą szkółkę?
– To powinien być standard. Nie można jednak kopiować tego, co jest w Legii, bo kopia nigdy nie będzie oryginałem. My też nie kopiujemy tego, co robią w Hiszpanii. To mijałoby się z celem. Tam mentalność jest zupełnie inna. Niemal przez cały rok mają słońce i mogą trenować na dobrych boiskach przez 11,5 miesiąca. My od listopada do marca trenujemy na hali. Nie możemy jednak narzekać, bądźmy cierpliwi i odważni. Nie patrzmy, że ktoś jest lepszy i róbmy swoje.

Podczas spotkania Legii z Hapoelem Tel Awiw, rozmawiałem z Martinem Kobylańskim. Pytam go, jaka jest różnica między grą w polskich i niemieckich kadrach młodzieżowych. Powiedział mi, że gdy Polska wychodzi na boisko przeciw teoretycznie lepszemu rywalowi, każdy myśli o remisie. W Niemczech, niezależnie od tego, z kim się gra – Hiszpanią, czy Luksemburgiem – liczy się tylko zwycięstwo. Jeśli chodzi o trening i przygotowanie motoryczne, to nie ma wielu różnic.

– Co może zmienić takie podejście? Da się to w ogóle zrobić?
– Wszystko się da, ale potrzeba czasu. Pamiętam moją drużynę, która w 1993 roku zdobyła tytuł mistrza Europy. Jechaliśmy tam jako kopciuszek, byliśmy przestraszeni. Okazało się, że jeżeli będziemy dobrze przygotowani i nastawieni mentalnie do zwycięstwa, to można wygrywać z najlepszymi. Mamy młodych i zdolnych. Rocznik 1995 świetnie poradził sobie w eliminacjach mistrzostw Europy. Z każdym trzeba grać do przodu. Mentalność jest elementem do popra

rozmawiał Mateusz Michałek

Zrodlo: www.2×45.com.pl

1993/05/17 Dziennik Czestochowski - Chcialbym byc wielkim pilkarzem

Magiera: Chcialbym byc wielkim pilkarzem

Rozmawial: Pawel Pawlikowski
Dziennik Czestochowski
17.05.1993

W historii RKS Rakow nie bylo do tej pory medalisty ani pilkarskich mistrzostw swiata, ani mistrzostw Europy. Tydzien temu z mistrzostw Europy do lat 16 powrocila ze medalem reprezentacja Polski. We wszystkich meczach turnieju gral pilkarz Rakowa – JACEK MAGIERA.

-Do kraju docieraly z Turcji pomyslne, ale skape wiadomosci. Opowiedz o mistrzostwach.
-Trener Andrzej Zamilski za cel minimum postawil zdobycie jakiegokolwiek medalu, gdyz to gwarantowalo prawo do startu w mistrzostwach swiata. Bardzo obawialismy sie pierwszego meczu ze Szwajcaria. Widzielismy mozliwosci tego zespolu w trakcie turnieju w Budapeszcie i czulismy dlatego respekt. Juz w drugiej minucie stracilismy gola, a przed pierwsze 15 minut rywale mieli zdecydowana przewage. Gdy Maciek Terlecki uzyskal wyrownujaca bramke, zaczelismy grac corac lepiej. Wynik jednak nie ulegl zmianie. O nastepnym przeciwniku – Islandii niewiele wiedzielismy. Jednak juz po kwadransie prowadzilismy. Ja mialem za zadanie krycie indywidualne i pilkarz ktorym « opiekowalem » sie gola nie strzelil. Wygralismy 2 :0. Wystarczal nam remis w spotkaniu z Irlandia, aby awansowac do cwiercifinalu, strzelilismy jednak gola w 78 minucie. Kryzys nadszedl podczas cwiercfinalowego meczu z Belgia. Nic nam nie wychodzilo. Po 80 min. gry (tyle bowiem trwa mecz juniorow) bylo 0 :0. Dogrywka rowniez nie przyniosla rozstrzygniecia. W karnych wygralismy 2 :0. Przeciwnicy polfinalowi – Francuzi – byli uwazani za jednego z faworytow. W regulaminowym czasie mecz zakonczyl sie wynikiem 1 :1. W dogrywce strzelilismy gola co bylo rownoznaczne z zakonczeniem meczu. O zloty medal gralismy z Wlochami. Mieszkalismy z nimi w jednym hotelu, przed meczem starali sie nas sporowokowac do bojki.. Mecz finalowy byl najlepszym naszym spotkaniem rozegranym w trakcie mistrzostw, a o zlocie zadecydowala bramka Szulika w 21 minucie. Zloty medal odebralismy z rak prezydenta UEFA – Johanssona. Byl to jeden z moich naszczesliwszych dni zycia.

-W trakcie mistrzostw wprowadzono wiele innowacji…
-Z autu wybijalismy pilke noga. Dogrywka byla rozgrywana do strzelenia gola, mecz w takim przypadku konczyl sie tzw. Nagla smiercia.

-W reprezentacji kraju niewielu bylo pilkarzy z klubow nalezacych do potentatow krajowego futbolu.
– To prawda. Malo kto slyszal zapewne o Wlokniarzu/Parasol Wroclaw czy tez Dozernecie Nowa Sol.

-Wkrotce juniorzy Rakowa wyjezdzaja do Holandii, ty jednak zostajesz w domu….
– Nie bylo mnie w domu prawie miesiac, w sierpniu czeka nas wyjazd do Japonii na mistrzostwa swiata. Dlatego zrezygnowalem z turnieju w Holandii, musze troche odpoczac.

– Oprocz pilki…
– Pozostala czesc zycia wypelnia mi nauka. Ucze sie w Technikum Hutniczym. Chcialem przy okazji podziekowac moim nauczycielom za wyrozumialosc. Trenuje razem z seniorami 7 razy w tygodniu i nie mam wolnego czasu. Lubie zajecia z pilka i nie narzekam na duza liczbe godzin spedzanych na boisku.

-Od ilu lat grasz w pilke?
– Od szesciu. Nad doskonaleniem moich umiejetnosci pracowali : Bogdan Maloczyc, Jan Swojewicz, Jacek Forys, Gothard Kokott, a teraz Zbigniew Dobosz i Henryk Turek.

-Kiedy ujrzymy cie w pierwszym zespole?
-Gralem juz w meczach sparingowych w pierwszej druzynie. Zadebiutowalem w ubieglym roku podczas meczu z Trzyncem. Bylem objety cyklem przygotowan do ME, a teraz do MS, czesto wyjezdzam. Brak bylo mojego zgrania z zawodnikami z pierwszej druzyny, a zespol musi byc przeciez monolitem.

-Twoje marzenia…
– Chcialbym byc wielkim pilkarzem wielkiego klubu i zeby tym klubem byl wlasnie Rakow.

Dziekuje za rozmowe.

w001

2005-01-03 - Sport - Dwa razy pół

Dwa razy pół (Sport)
2005-01-03

To piłkarz nietypowy przynajmniej z dwóch powodów. Grał już na każdej pozycji poza bramkarzem i jeszcze to ostatnie wyzwanie Jacka Magierę korci. Nietypowy jest także dlatego, że urodziny obchodzi w dniu, kiedy inni budzą się po szampańskiej zabawie – 1 stycznia.

Przyjemnie jest obchodzić urodziny w Nowy Rok?
– Ja się z tego bardzo cieszę. Moja impreza trwa dwa dni, spotykam się z przyjaciółmi. Najczęściej w Częstochowie, bo po sezonie w grudniu z reguły odpoczywam w rodzinnym mieście. Zaczynamy w Sylwestra, a w Nowy Rok dalszy ciąg zabawy. Oczywiście w moim przypadku bez jakichś szaleństw, nie ma mowy o balandze do upadłego. Jestem człowiekiem stonowanym. Ale czy to w domu, czy gdzieś w restauracji, jest uroczysta kolacja, którą podejmuję moich gości.

Ile jest prawdy w legendzie, że Jacek Magiera wypija w noc sylwestrową pół lampki szampana za Nowy Rok i pół piwa z okazji urodzin i jest to jego roczna dawka alkoholu?
– Pół lampki szmpana tak, z piwem nie do końca, bo akurat wolę wino. Zatem jest jeszcze kieliszek wytrawnego albo półwytrawnego winka. A reszta się zgadza.

A jak wygląda Twoja sylwestrowa zabawa. Lubisz tańczyć?
– Lubię, ale tancerz ze mnie lichy. Chociaż jakby na przekór mam skończony trzystopniowy kurs. To było jeszcze w podstawówce, a moja grupa wygrała wtedy jakiś bardzo prestiżowy konkurs w województwie częstochowskim. Ale teraz jestem drewiany i partnerka, którą uda mi się wyciągnąć na parkiet, pewnie bardzo się ze mną męczy. Chociaż nigdy żadna mi tego nie powiedziała.

No dobrze, wybawiłeś sie już, wytańczyłeś. Powiedz, jaki był dla Ciebie rok 2004?
– Były i wzloty i upadki. Pierwsza połowa była udana. Wiosną strzeliłem cztery bramki, miałem pewne miejsce w składzie Legii, udane spotkania, zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski. Natomiast z jesieni nie jestem już tak zadowolony. Mamy dużą stratę do Wisły, sam wiem, że nie grałem na swoim normalnym poziomie. Zawsze staram się patrzeć na siebie bardzo krytycznie i od siebie zaczynam szukanie winnych. W skali szkolnej od 1 do 6 dałbym sobie trzy z minusem.

Cały czas balansujesz jednak między pierwszym składem, a ławką rezerwowych. To męczące?
– Przyzwyczaiłem się już. Od szesnastu lat prowadzę swoje kroniki, mam już dwadzieścia tomów, statystyki, wycinki, opinie. W większości spotkań, w których wystąpiłem, Legia wygrywała. Czyli matematyka przemawia na moją korzyść. A czy się przyzwyczaiłem… Zawsze powtarzam, że chcę grać w podstawowym składzie, że nigdy się nie poddam i zrobię wszystko, żeby tak się stało. Od oceniania są trenerzy, ja nie dyskutuję, tylko wykonuję swoją robotę. Tak mnie nauczono. Zazwyczaj trenerzy, którzy przychodzili do Legii, sadzali mnie na ławie. Po trzech, czterech meczach wracałem na boisko i tam kończyłem sezon. Wychodzi na moje. Przy ogromnej pracy efekty muszą przyjść.

Jacek Zieliński, gdy został trenerem, też posadził cię na ławce. Szybko jednak zmienił zdanie i dał ci miejsce, ale nie w pomocy, a na środku obrony.
– Do Legii przychodziłem w 1997 roku jako stoper, ale wiedziałem, ze jestem zawodnikiem wszechstronnym, co przemawia na moją korzyść. I w Legii zagrałem na wszystkich pozycjach poza bramkarzem. W jednym spotkaniu byłem nawet napastnikiem. A na obronie trener Zieliński ustawił mnie po kontuzji Marka Jóźwiaka, z meczu na mecz graliśmy lepiej, tracąc coraz mniej bramek. Teraz w sparingach muszę udowodnić, że stać mnie na grę w pierwszej jednastce. A gdzie, to już głowa trenera. Nie zawiodę na żadnej pozycji. Pogodziłem się z tym, że zawsze muszę walczyć. Znam swoją wartość. Trenuję, walczę i dostaję siwych włosów na głowie.

Ale na razie to masz chyba przefarbowane na taki szpakowaty kolor?
– A właśnie że nie, to nie pasemka. Przychodząc do Legii miałem jednolite włosy. Potem pojawił się szron, a teraz mam już chyba na głowie więcej szronu, niż tych ciemniejszych włosów. Wszyscy mi mówią, żebym się przefarbował na czarno.

Sięgnijmy pamięcią do ostatnich dwanastu miesięcy. Najmilszy moment w ubiegłym roku?
– Bardzo radosnych meczów to raczej nie było. Ale chyba wygrane spotkanie z Polonią 4-1, co dało nam trochę oddechu i zbliżyło do czołówki. No i moje cztery gole.

A najgorszy moment?
– Z pewnością mecz z Austrią Wiedeń, kiedy przegraliśmy u siebie 1-3 po beznadziejnej grze. A rywal był jak najbardziej do przejścia. No i chyba mecz z Groclinem, też przegrany na naszym boisku. Po tym spotkaniu straciłem na dłuższy czas miejsce w składzie.

Co w przyszłym roku? Jakie cele, marzenia?
– Ja zawsze poprzeczkę stawiam sobie bardzo wysoko i nigdy się tym nie chwalę publicznie. Raczej dyskutuję w wąskim, rodzinnym gronie, z ojcem i bratem Markiem. Ich zdanie najbardziej sobie cenię. Ale dobrze. Po pierwsze – miejsce w podstawowym składzie Legii na dłużej. Po drugie – gra na dobrym poziomie. I co za tym idzie, po trzecie – powrót na mistrzowski tron. To chyba marzenie każdego z zawodników. Raz tytuł już zdobyłem, w 2002 roku. Smakuje to wybornie i zrobię wszystko, by ponownie przeżyć to, co działo się na Starówce, gdzie świętowało kilkanaście tysięcy kibiców. Każdemu piłkarzowi życzę, by przeżył takie chwile, jak my wtedy.

W życiu prywatnym jesteś szczęśliwym człowiekiem?
– Tak, bardzo. Jednak mimo wszystko staram się tę prywatność zachować dla siebie. Nigdy nie rozmawiam na ten temat. Komfort psychiczny daje przede wszystkim świadomość, ze najbliżsi cieszą się dobrym zdrowiem.

Gra w Legii to jedna z przyczyn zadowolenia? Marzyłeś, żeby grać na Łazienkowskiej?
– Jako dziecko marzyłem po prostu o wielkiej karierze piłkarskiej. Potem, żeby zagrać w Rakowie Częstochowa, co udało mi się spełnić w wieku szesnastu lat. A Legia.. Gdy jako nastolatek z podziwem oglądałem tę drużynę, trudno było myśleć, że będę tworzył historię tego klubu, zdobędę z nim wszystkie krajowe trofea, mistrzostwo, puchar, puchar ligi, superpuchar. Nigdy tego nie zapomnę, ale przede wszystkim nie zapomnę tego, co zrobił dla mnie RKS Raków. Bo to dzięki Rakowowi były późniejsze sukcesy, gra w reprezentacji. Dlatego teraz na każdym kroku staram się pomagać młodym piłkarzom w Częstochowie. W Legii zresztą również.

No właśnie, reprezentacja. W młodzieżowej, olimpijskiej zagrałeś 99 spotkań, co jest rekordem, byłeś kapitanem. W pierwszej drużynie narodowej jednak nie udało ci się zadebiutować. Tli się gdzieś jeszcze iskierka nadziei?
– Nie byłbym sobą, gdybym powiedział, że nie liczę na powołanie.W reprezentacji grało i gra wielu lepszych ode mnie, ale też i wielu gorszych. Nie mam kompleksów. Jak mi się nie uda, na nikogo nie będę obrażony. W Legii jestem już dziewiąty rok, a dla mnie Legia jest klubem, w którym grają najlepsi polscy piłkarze. Czyli od dziewięciu lat jestem w… reprezentacji.

Anielska cierpliwość - 2005 - Wywiad z CanalPlus

Wiele osób kojarzy Pana z częstochowskim Rakowem. Wielokrotnie to miasto przewija się w Pana wypowiedziach. Proszę opowiedzieć, jak rozpoczęła się przygoda z tym klubem?
Pamiętam to dokładnie. Moja fascynacja piłką nożną rozpoczęła się podczas MŚ w Hiszpanii, w 1982 roku. Ten czempionat pamiętam najlepiej, mimo że miałem wtedy tylko 5 lat. Od tego momentu, przez lata, rozgrywaliśmy z kolegami nasze mecze na boiskach osiedlowych. Po 3 latach zrodził się pomysł zapisania do klubu. Wiadomo, że zawsze numerem 1 w Częstochowie był Raków. Dodatkowo klub ten słynął z dobrej pracy z młodzieżą. Moim pierwszym trenerem był Zbigniew Dobosz, który – rzec można – nauczył mnie grać w piłkę. Dzięki niemu jestem teraz tu gdzie jestem, występowałem w reprezentacji. To on nauczył mnie piłkarskiego abecadła. Jemu zawdzięczam najwięcej.

Na Pana oficjalnej stronie internetowej można wyczytać, iż wśród piłkarskich idoli z dzieciństwa wymienia Pan Zbigniewa Bońka, Włodzimierza Smolarka, ale także Andrzeja Wróblewskiego. Piłkarza, którego nie wszyscy pamiętają…
Jeśli chodzi o Bońka i Smolarka, to wszystko jest jasne. Wspominałem o MŚ w Hiszpanii, a ci dwaj gracze – nic nie ujmując reszcie członków tej ekipy – byli siłą napędową polskiej reprezentacji. Natomiast z Andrzejem sytuacja jest nieco inna. W Rakowie byłem szykowany na pozycję ostatniego stopera, czyli na tą, na której grał Wróblewski. Mogę powiedzieć, że jest to niezwykła postać. Przez 17 lat grał w Rakowie, świętował z tym klubem wszystkie awanse – od trzeciej do pierwszej ligi. Do tego jest fantastycznym człowiekiem. Miałem okazję, lepiej powiedzieć, przyjemność trenowania i grania z nim w jednej drużynie. Mimo ogromnej różnicy wieku – bodaj 17 lat – Andrzej nigdy nie dał mi tego odczuć. Naprawdę wiele się od niego nauczyłem.

A ten motyw Częstochowy pojawiający się w większości wywiadów?
Nigdy nie wyprę się mojego pochodzenia. Częstochowa jest miejscem, gdzie zawsze chętnie wracam. Spędzam tam każdą wolną chwilę. Staram się także bywać częstym gościem na meczach Rakowa. Zresztą nie ograniczam się tylko do tego. W miarę możliwości pomagam temu klubowi znów stanąć na nogi. Nie chcę, aby Raków zginął w czwartoligowej otchłani. Od kilku już lat, tradycyjnie w grudniu, razem z bratem Markiem i grupą zaufanych przyjaciół organizujemy pod Jasną Górą turniej halowy. Zapraszam kilku kolegów z Legii, siatkarzy AZS, żużlowców Włókniarza. Częstochowa potrzebuje futbolu na wysokim poziomie!

Ostatnio wiele rozprawia się o bramce zdobytej przez Pana w spotkaniu przeciwko Wiśle Kraków. A czy pamięta Pan gola, równie urodziwego, zdobytego w barwach Rakowa kontra Stal Mielec? Które trafienie było ładniejsze?
O, tak. Wszystkie swoje bramki dobrze pamiętam. Może dlatego, że strzeliłem ich tylko 20 w pierwszej lidze. Ze Stalą było tak…Przez miesiąc nie mogłem grać z powodu kontuzji kolana. Jednak trener postanowił wystawić mnie do gry. Mimo, że nie rozgrywałem jakichś wielkich zawodów, szkoleniowiec nie zdecydował się, aby zdjąć mnie z boiska. Jak się miało okazać – na szczęście. W 83. minucie z autu piłkę do Bartka Wilka wyrzucił Witek Gwiździel. Wilk przepuścił futbolówkę, „po drodze” faulowany był jeszcze Janek Spychalski. Przejąłem piłkę i 20,25 metrów uderzyłem na bramkę. Trafiłem w samo „okienko”. Od tego momentu rozpoczęła się dobra passa Rakowa. Jednak gol z Wisłą był na pewno ładniejszy, a już oprawy spotkania, rangi, poziomu gry nie można nawet porównać. Umówmy się – to były moje najpiękniejsze bramki dla obu klubów.

Wspomniał Pan, że największy wpływ na piłkarza Jacka Magierę wywarł trener Dobosz. A który nauczyciel futbolu miał najlepszy warsztat?
Nie chciałbym tak klasyfikować. Miałem przyjemność pracować z czołówką polskich trenerów. W Legii „przeżyłem” 9 trenerów, w Rakowie 3, co ciekawe w trakcie trzymiesięcznego pobytu w Widzewie także 3. Każdy jest inny, ma swój styl pracy. Ludzi nie interesuje warsztat, ludzi interesują wyniki. Dobry trener to taki, który odnosi sukcesy.

Proszę się pokusić o porównanie dwóch ostatnich trenerów Legii – Okuki i Kubickiego.
Jak wspomniałem, porównać dwóch szkoleniowców nie sposób. Powiem tylko, że u trenera Okuki największą rolę odgrywało przygotowanie fizyczne. Podczas treningu dużo biegaliśmy, często bez piłki. Kubicki ma trochę inne podejście. Częściej zajęcia odbywają się z piłką. Więcej porównań nie zrobię, bo… nie chcę.

Skąd bierze Pan tę anielską wręcz cierpliwość? Przez wielu szkoleniowców bywał Pan w Legii pomijany, a przecież już 7 lat reprezentuje Pan barwy stołecznego klubu. Co by się musiało stać, aby Jacek Magiera zmienił klimat?
Powiem tak – u każdego trenera wcześniej czy później grałem. Przychodziłem do Legii za kadencji Władysława Stachurskiego, później Mirosław Jabłoński także nie zawsze widział mnie w składzie. Jedynym szkoleniowcem, u którego byłem podstawowym zawodnikiem był Stefan Białas. Był to rok 1998. Rozegrałem wszystkie spotkania od pierwszej minuty. U każdego innego trenera różnie jest z występami. Zawsze ostro muszę walczyć „o swoje”. Na szczęście, zawsze do tej pory w końcu udawało mi się przekonać „legijnych” trenerów do moich umiejętności. Od małego dziecka byłem uczony, że nie należy się poddawać, że to co się robi, trzeba robić dokładnie, być cierpliwym. Co by się musiało stać, abym opuścił Legię? Jestem człowiekiem, która szybko przywiązuje się do nowego środowiska. Nie chcę zachowywać się jak chorągiewka na wietrze. Od dzieciństwa „moim” klubem był Raków. Teraz jest jeszcze Legia…

W pewnym momencie zdecydował się Pan na zasadzie wypożyczenia odejść do Widzewa. Czy wtedy wierzył Pan w triumfalny powrót, w możliwość ponownego zaistnienia w Legii?
Swego czasu wielokrotnie o tym myślałem. Wypożyczenia do Widzewa nigdy nie traktowałem jako zesłanie, jak kary. Z trenerem Smudą doszliśmy do porozumienia, iż pół roku odpoczniemy od siebie. I tak się też stało. W barwach łódzkiego klubu rozegrałem 14 spotkań, zdobyłem jednego gola. Przygodę z Widzewem postrzegam jako miły przerywnik i czas do rozmyślań. Pomimo tego, ciągle wierzyłem w udany powrót. Po ponownym zameldowaniu w Warszawie wiodło mi się znów różnie. Najpierw zagrałem minutę, w kolejnym meczu dwie. Śmiałem się, że co mecz to postęp. Ale koniec końców odbudowałem swoją pozycję w drużynie.

Proszę spróbować ocenić siebie, jako piłkarza. Jakich umiejętności stricte piłkarskich nie musi się Pan wstydzić, a co należałoby poprawić?
O swoich zaletach mówi się najtrudniej. Dlatego zacznę od wad. Jestem świadom swoich mankamentów, nie jest ich mało. Ale nie wszystkie można poprawić. Przykładowo, nigdy nie będę dysponował piorunującym przyspieszeniem na 2, 3 metrach. To jest uwarunkowane moją budową, fizjonomią. I nigdy w tym elemencie nie dorównam Radkowi Wróblewskiemu. Za to jego nie stać na przemierzenie tylu kilometrów w czasie meczu, ile ja jestem w stanie pokonać. Na pewno muszę poprawić grę głową, zwrotność. Z drugiej strony, myślę, że mogę zaimponować spokojem, opanowaniem, posiadam nieźle wykształcony zmysł taktyczny, dysponuję dobrym „ostatnim” podaniem. Ale jestem jeszcze młody i mogę się rozwinąć…

Postawię teraz Pana przed trzema tezami. Zacznijmy. Jacek Magiera ma lepszy przegląd pola, niż tak chwalony za ten element piłkarskiego abecadła Vukovic…
Mam swoje zdanie na ten temat, ale publicznie na pewno go nie zdradzę. Muszę przyznać, iż posiadam kasety z nagranymi spotkaniami Legii i analizuję każdy mecz. Kilka razy oglądam bramki, błędy, ciekawsze akcje. Robię to z myślą o przyszłym zawodzie – trenera. Dziennikarze zawsze wystawiają indywidualne cenzurki, a ja powiem tylko tyle, że nie zawsze zgadzam się z opiniami w prasie…

Jacek Magiera jest zbyt spokojny, aby osiągnąć status piłkarza ponadprzeciętnego…
Kto wygłosił taką opinię?

Nazwiska nie są ważne.
Powtórzę się. Mam swoje zdanie. Nigdy się nie zmienię, nie zmienię swojego charakteru i zawsze będę podążał swoją drogą. Uważam, iż czynię dobrze.

Jacek Magiera preferuje umiejętności czysto piłkarskie nad cechy wolicjonalne, walkę na boisku…
Fakt, nie jestem typowym „walczakiem”. Ale nigdy też nie odstawiam nogi, nie odpuszczam. Staram się raczej grać w piłkę. Wdając się w szczegóły, jestem zwolennikiem gry „na jeden kontakt”. Nigdy nie byłem błyskotliwym dryblerem. I nie chciałbym być, taka gra mi nie odpowiada. Wiadomo, piłka jest szybsza od zawodnika. A czym dłużej trzymam piłkę przy nodze, tym bardziej jestem narażony na kontuzję, a co gorsza – na stratę piłki. Nie jestem graczem efektownym, takim jak lubią kibice, ale taką po prostu wyznaję filozofię futbolu.

Czy jest taki piłkarz, któremu nie podałby Pan ręki?
Nie, nie ma takiego. Nikt nie „zalazł mi za skórę”. Oczywiście, zdarzają się utarczki słowne, sprzeczki. Ale ja jestem człowiekiem, który zawsze dąży do kompromisu, unika zwady.

Nie tak dawno cała Polska huczała na temat afery w Katowicach. Piłkarze Dospelu zostali obrzuceni obelgami przez swoich „fanów”, dopuszczono się także rękoczynów. Jak Pan skomentuje to wydarzenie?
Nie chciałbym, aby w wywiadzie ze mną była mowa o tych ludziach. Szkoda tracić czas i dawać im satysfakcję z faktu, że o nich się mówi. Tymi chuliganami powinna zająć się policja oraz prokuratura. Więcej na ten temat nie powiem, bo…nie warto.

Nie wszyscy kibice wiedzą, iż obok kariery piłkarskiej zdobywa Pan jeszcze naukowe szlify. Jak ostatnie postępy?
Rzeczywiście, jestem studentem Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie. Jestem dumny, że mogę uczęszczać do tak znanej w Polsce uczelni. Studiuję na Wydziale Filologiczno-Historycznym. Już w czerwcu zamierzam obronić pracę magisterską. Najpierw muszę ją jednak napisać. Wiele osób pyta mnie, dlaczego akurat Historia? Przecież chcę być trenerem?! Wcześniej chciałem podjąć studia na AWF, ale stwierdziłem, że wykształcenie trenerskie zdobędę przez lata praktyki, podpatrywania oraz kurs na popularnej „Kuleszówce”. Trener powinien być dobrym psychologiem, wychowawcą, znać elementy filozofii. Całe to przygotowanie mogę zdobyć na tymże kierunku. Zresztą przypadek Czesława Michniewicza tylko potwierdza moją teorię.

Czyli klamka już zapadła. Będzie Pan trenerem.
Nie można tak postawić sprawy. Zrobię wszystko, aby zostać trenerem. Mam pewne plany, cele życiowe i staram się je realizować. Tak samo jest z zawodem szkoleniowca. Od 1998 roku notuję przebieg mikrocykli treningowych, zapisuję uwagi taktyczne. Gdyby jednak nie powiodło mi się w tym zawodzie, koniecznie chcę zostać przy sporcie. Może w innej roli…

Jak trener Magiera ustawiłby Legię? 3-5-2 czy 4-4-2?
Nie odpowiem na to pytanie. Mam swoją wizję, ale nie jestem upoważniony do wydawania podobnych osądów. Każdy piłkarz jest inny, tak samo trener. I każdy z nas ma inne wyobrażenie na temat gry Legii. Obecnie wykonuję polecenia Dariusza Kubickiego i robię to najlepiej jak potrafię.

Dobrze, zapytam inaczej. W którym systemie piłkarze Legii czują się lepiej?
Wyniki wskazują, iż w ustawienie z trzema obrońcami jest dla nas lepsze. Jak powiedział jednak trener Kaczmarek w jednym z wywiadów – nie gra system, grają ludzie. Nie jest wcale powiedziane, że w ustawieniu 4-4-2 nie wygralibyśmy z Wisłą jeszcze wyżej. Osobiście cieszę się, że w końcu znalazło się miejsce dla mnie.

Właśnie, czy nie szkoda, że akurat teraz przyplątał się ten uraz?
Nie ma co gdybać. Po prostu znów muszę walczyć od początku o miejsce w składzie. Taka jest kolej rzeczy. Różnie tłumaczę sobie przyczynę tej kontuzji. Wiosną, za kadencji trenera Okuki, grywałem niewiele. W przedsezonowych sparingach także się nie przemęczałem. A ostatnio w ciągu 10 dni rozegrałem 4 mecze. I mięsień, nieprzyzwyczajony ostatnio do takiego wysiłku, nie wytrzymał. Na szczęście, zaczynam już nadrabiać zaległości.

Irytujący jest fakt, że legioniści rozgrywają świetne partie z możnymi ligi, a tracą punkty z teoretycznie słabszymi przeciwnikami.
Nie idzie nam z „górniczymi” drużynami. W meczach zarówno z tymi z Łęcznej, Polkowic oraz Zabrza zaledwie remisowaliśmy. A tak poważnie. Pracujemy nad tym. Kibice zawsze chcą oglądać futbol na takim poziomie jak w konfrontacji z Wisłą Kraków. Ale czasem po prostu brakuje nam szczęścia. Choćby w Zabrzu z Górnikiem. Stworzyliśmy sobie mnóstwo sytuacji, zabrzanie dostali rzut karny „z kapelusza”. A Górnik miał jedną okazję i strzelił dwie bramki. Ten problem ciągnie się za nami od lat. Gdybyśmy w tamtym sezonie nie stracili 13 punktów z zespołami, które później opuściły ekstraklasę, zdobylibyśmy tytuł mistrzowski. Trzy lata temu podobnie, cztery też. Mam nadzieję, że teraz historia się nie powtórzy. Może po nas tego nie widać, ale bardzo przeżywamy te wpadki.

Krótkie pytanie, o co właściwie walczy w tym sezonie Legia?
Krótkie pytanie, ale pozwolę sobie odpowiedzieć bardziej wyczerpująco. Jestem w tym klubie od siedmiu lat i zawsze walczymy o pierwszą lokatę. I tak jest też teraz. Interesują nas jedynie najwyższe cele. Mistrzostwo Polski, Puchar Polski – jest o co grać. Już raz zdobyłem tytuł mistrzowski i bardzo spodobało mi się to uczucie. Chciałbym przeżyć to wszystko jeszcze raz. Zobaczymy czy się uda.

Które drużyny można wynieść do miana współfaworytów?
Wystarczy spojrzeć na tabelę. Wisła Kraków, Groclin, dobrze grająca Amica.

A Górnik Łęczna?
To dobry zespół. Nieprzypadkowo są tak wysoko w lidze. Ale trzeba wziąć poprawkę na to, że dla tego klubu, dla całego społeczeństwa w Łęcznej, ekstraklasa jest czymś nowym i piłkarze grają na fali euforii. Na pewno nie jest to jednak zespół, mogący zdobyć tytuł. Ale Górnik jeszcze wielu drużynom urwie punkty, napsuje im krwi. My się już o tym przekonaliśmy dobitnie. Dobrze, że taki zespół jak Górnik Łęczna jest w pierwszej lidze, dodaje jej kolorytu. Podopieczni Zielińskiego, na koniec sezonu spokojnie uplasują się w górnej połowie tabeli.

Na koniec trzeba poruszyć temat, który zapewne i Pana nurtuje. Czy zagra Pan kiedyś w pierwszej reprezentacji Polski?
Myślę, że zagram. Statystyki mówią, że jestem jednym z piłkarzy o największej liczbie występów we wszystkich kategoriach wiekowych. Mam 99 spotkania na koncie. Brakuje mi tego setnego. Czekam na swoją szansę. Powiem, że w reprezentacji grali, grają i będą grali piłkarze lepsi ode mnie. Ale grają… i słabsi. To chyba wystarczy za cały komentarz…

2005-05-22 - Chcemy zawsze tak grać!

– Zagraliśmy naprawdę dobre spotkanie. Nie pozwoliliśmy Wiśle praktycznie na nic. To zespół, który zapewnił już sobie mistrzostwo Polski, który nie przegrał trzydziestu kilku spotkań. Zatrzymał się na Legii, czyli takiej firmie, która co roku powinna zdobywać jakieś trofea. Jeśli zdobędziemy Puchar Polski i obronimy trzecie miejsce w tabeli, to mimo wszystko będziemy uważać sezon za udany, choć wiadomo, że w Legii liczy się tylko pierwsze miejsce – powiedział nam Jacek Magiera

– Początek meczu ostrożny w wykonaniu obu drużyn. Założenie było takie, że nie możemy Wiśle pozwolić na rozwinięcie skrzydeł. Pierwsze dziesięć minut to było takie badanie sił. Od momentu strzelenia pierwszej bramki byliśmy bezapelacyjnie stroną dominującą na boisku. Odcięliśmy napastników od podań, nie pozwoliliśmy na efektywną grę skrzydłami, zneutralizowaliśmy środek pola i to był klucz do dzisiejszego sukcesu. Trzy bramki bardzo pozytywnie wpłynęły na zespół. Nie cofnęliśmy się tylko cały czas kontrolowaliśmy sytuację. Potem jeszcze strzeliliśmy dwie bramki, było 5:0 i wynik nas bardzo zadowalał. Szkoda, że straciliśmy tę bramkę na 5:1, bo wynik by ładnie wyglądał. Ale myślę, że przed meczem każdy z kibiców i piłkarzy taki wynik wziąłby w ciemno.

– To Wisła była dziś taka słaba, czy wy tacy dobrzy?

– My zagraliśmy naprawdę dobre spotkanie. Nie pozwoliliśmy Wiśle praktycznie na nic. To zespół, który zapewnił już sobie mistrzostwo Polski, który nie przegrał trzydziestu kilku spotkań. Zatrzymał się na Legii, czyli takiej firmie, która co roku powinna zdobywać jakieś trofea. Jeśli zdobędziemy Puchar Polski i obronimy trzecie miejsce w tabeli, to mimo wszystko będziemy uważać sezon za udany, choć wiadomo, że w Legii liczy się tylko pierwsze miejsce.

– Opowiedz o swojej bramce

– To była piękna bramka całego zespołu, praktycznie z pierwszej piłki. Takie sytuacje ćwiczymy na treningach, także to nie jest przypadek. Włączyłem się w akcję ofensywną, dostałem znakomite podanie od bodajże Marka Saganowskiego na sam na sam i przerzuciłem piłkę na wychodzącym Majdanem. Cieszę się, że wyciągam wnioski, bo podobną sytuację miałem z Górnikiem Zabrze i tam jej nie wykorzystałem.

– Wisła jest pierwsza w tabeli, ale to wy wygraliście dziś 5:1. Kibice śpiewali po meczu Mistrzem Polski jest Legia, to kto jest tak naprawdę mistrzem Polski?

– Kibice zawsze nas wspaniale dopingują, życzyłbym sobie by zawsze był taki mecz jak dziś pod względem frekwencji na trybunach, aby ci wszyscy ludzie, którzy przychodzą na stadion zawsze wychodzili tak szczęśliwi jak dzisiaj. Fajnie by było byśmy my piłkarze zawsze grali tak efektownie i efektywnie. To oczywiście życzenia, ale myślę że jesteśmy na dobrej drodze i że Legia nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w tym sezonie.

– W środę derby Warszawy, to również mecz niezwykle prestiżowy dla kibiców

– Dla nas też jest prestiżowy. Kibice pytali nas o to spotkanie już w tym tygodniu. My jednak o tym spotkaniu jeszcze nie rozmawialiśmy, gdyż koncentrowaliśmy się na Wiśle. Wiemy, że musimy wygrać na Polonii, że gra się tam niezwykle ciężko. Mecze derbowe są specyficzne i drużyny zawsze grają na maksimum swoich umiejętności. Gramy na wyjeździe, ostatnio na Konwiktorskiej zwyciężaliśmy. Miejmy nadzieję, że uda nam się podtrzymać dobrą passę. Na pewno jesteśmy zespołem lepszym od Polonii i pozostaje nam to tylko udowodnić na boisku.

Rozmawiał Marcin Szymczyk
Legia.net

Zrodlo: Legia.net

2005-04-24 - Trzeba przerwać tę drzemkę

W meczu z Górnikiem Łęczna chcieliśmy przekonać działaczy, kibiców, a przede wszystkim siebie, że potrafimy grać w piłkę. Legia jest za poważnym klubem, żeby grać o drugie czy trzecie miejsce w lidze. Legia musi walczyć o najwyższe cele, bo … tak musi być. Trzeba przerwać tę drzemkę, w której tkwimy, obudzić się, uderzyć pięścią w stół, polać wodą i zacząć grać od początku – mówi Jacek Magiera,

– Po słabiutkim meczu z Odrą i ciężkim tygodniu zaczęliście wreszcie grać jak drużyna. Dlaczego tego wcześniej nie było?
– Cały czas to analizujemy. Trzeba wyciągać wnioski z tych niepowodzeń, ale również nie można ciągle powracać do tego, co było. My musimy sami uwierzyć w to, że potrafimy grać, a przecież tak jest. Każdy przed lustrem sobie siądzie, popatrzy, przeanalizuje błędy jakie zrobił i uwierzy w siebie, bo to jest najważniejsze. Tylko my sami, każdy jeden z nas, jak jest nas 23 w szatni musi uwierzyć w to, że potrafi grać. Nikt inny nam nie pomoże, nie uświadomi, że możemy grać na wysokim poziomie, a przecież możemy, co pokazaliśmy już w tej rundzie. Mecz z Górnikiem Zabrze, druga połowa z Pogonią czy spotkanie z Amicą uwidoczniły, że w tym zespole potencjał jest ogromny. Coś się zacięło. Trzeba przerwać tę drzemkę, w której tkwimy, obudzić się, uderzyć pięścią w stół, polać wodą i zacząć grać od początku.

– Trener Zieliński mówił, że wbrew temu co myślał, partnerskie stosunki, jakie były pomiędzy nim, a zawodnikami, okazały się problemem.
– Od momentu, kiedy Jacek Zieliński został trenerem, ja zawsze traktowałem go jako trenera, a nie jako kolegę. I tak jest do dzisiaj. Słucham jego decyzji, szanuję go, tak jak każdego szkoleniowca, z którym przyszło mi współpracować i to się nie zmienia.

– Chyba trochę cieszy Was fakt, że Paweł Kaczorowski po swoich zagraniach słyszał nie tylko gwizdy, ale też i brawa.
– Na pewno dziwne jest to, że zawodnik grający na własnym stadionie dostaje gwizdy. Do tego tematu nie ma co powracać, temat jest zakończony. Paweł powiedział, że dobrą grą chce udowodnić, że jest dobrym piłkarzem. Na temat tego, co zrobił, już wszystko zostało powiedziane. Dla mnie jest to temat zamknięty, ja na pewno bym w ten sposób nie postąpił. Miejmy nadzieję, że w kolejnych spotkaniach będzie strzelał następne bramki.

– W meczu z Górnikiem Łęczna zagrałeś po raz pierwszy od dłuższego czasu.
– Oprócz meczu z Pogonią Szczecin, kiedy byłem chory, cały czas byłem gotowy do gry. Starałem się i walczyłem na treningach, żeby występować na boisku. Dziś udało się zagrać.

– Kto nie upilnował Czarka Kucharskiego przy bramce dla Górnika?
– Ja pilnowałem Czarka, ale wydaje mi się, że Czarek w ogóle tej piłki nie dotknął.

– Czarek mówi, że dotknął.
– Nie wiem, trzeba to zobaczyć na kasecie. To była taka bramka, która nigdy nie powinna paść. Wiadomo, że jest to trudna sytuacja dla bramkarza. Rzut wolny z prawie 40 metrów, kopnięta piłka przeleciała przez całe pole karne, nikt jej nie przeciął i wpadła. Kuriozalna sytuacja.

– Piłkarze z Łęcznej mówią, że Legia zagrała dobry mecz i nie ma się czego bać.
– Trzeba stwierdzić, że szczęśliwie zremisowali tutaj mecz. Bledzewski wybronił trzy sytuacje, których nie miał prawa obronić. Jakbyśmy zdołali zdobyć drugiego gola, to byśmy wygrali to spotkanie. Wiem, że to takie gdybanie. Tak samo, jeśli od razu po zdobyciu gola, nie stracilibyśmy bramki, to też Łęczna musiałaby zagrać inaczej, otworzyć się. Jednak teraz to można sobie pogadać. Nikogo nie interesuje to, że mieliśmy sytuacje, skoro nie wygraliśmy meczu.

– Od Legii oddalają się europejskie puchary.
– Nie, oddaliło się mistrzostwo, na zdobycie którego już nie mamy szans w tym sezonie. O drugie miejsce będziemy walczyć do ostatniej kolejki i zrobimy wszystko, aby je zająć. Martwi nas to, że Wisła traci punkty, a my jej nie gonimy. Na dodatek dogonili nas ci, nad którymi mieliśmy przewagę.

– Wszyscy piłkarze podkreślają, Ty zresztą też, że problemem Legii jest psychika. Jak to wygląda u Ciebie?
– Ja nie potrzebuję psychologa. Sam jestem dla siebie psychologiem.

Rozmawiał Adam Dawidziuk
Legia.net

2002/08/17 - Gonimy lidera

– Meczem z Pogonią zaczynamy pogoń za liderem, do którego tracimy cztery punkty. Czas wygrać jakiś mecz – mówi defensywny pomocnik Legii, Jacek Magiera.

Jest Pan rozczarowany pojedynkiem z Barceloną?
– Najpierw byłem oczarowany. Wszystkim. Otoczką spotkania, stadionem, miastem, atmosferą na meczu. Przedmeczowy rozruch, w środę o 11, przeprowadziliśmy na boisku treningowym, wokół którego było miejsc na 25-30 tys. ludzi. Rozczarowanie przyszło później, po meczu. 0:3 to wynik, który nie może cieszyć.

Nie macie szans w rewanżu?
– Walczyć trzeba do końca. Chcemy choć wygrać z Barceloną, co dotąd nie udało się żadnemu polskiemu klubowi. Postaramy się dać trochę radości kibicom. A szanse na awans? Oceniam je na jeden procent. Są minimalne i chyba tylko na papierze.

Czym taki mecz na Camp Nou różni się od spotkania w polskiej lidze?
– Choćby tym, że odkąd gram w ekstraklasie, na naszych ligowych stadionach nigdy nie było 67 tys. 79 kibiców na jednym meczu. Poza tym sam obiekt… Nie ma skali porównawczej z tym, co jest u nas. My długo się nie doczekamy takiego Camp Nou. Poza tym Barcelona takich meczów, jak ten środowy, rozgrywa w sezonie 30-40. A my? Jeden na kilka lat. Nie znaczy to, że się przestraszyliśmy, brakowało nam doświadczenia. W pierwszej połowie zagraliśmy defensywnie, straciliśmy tylko jednego gola. Po przerwie atakowaliśmy i my, i oni. Barcelona miała przewagę, ale do 80. minuty nic z tego nie wynikało. Grała nieskutecznie. My też mieliśmy swoje okazje. Mogliśmy strzelić przynajmniej jednego gola. Nie udało się. I pod koniec straciliśmy dwa.

Dziś o 20.15 mecz z ostatnią w tabeli Pogonią, która jako jedyna nie zdobyła jeszcze punktu.
– Nie będzie łatwo. Tydzień temu Pogoń pechowo przegrała z Groclinem. Z nami na pewno się nie podda. Ale to Legia jest faworytem. Fizycznie jesteśmy dobrze przygotowani, zdążyliśmy odpocząć po meczu z Barceloną.

A szybkość, świeżość?
– Nie będzie z tym problemów. W tym sezonie nie było jeszcze meczu, w którym Legia nie straciłaby gola.

Z czego to wynika?
– Mam nadzieję, że ten z Pogonią będzie pierwszym wygranym do zera. A tych goli rzeczywiście rywale strzelili nam za dużo. Dwóch z trzech goli w Grodzisku i tego we Wronkach można było nie stracić. To samo w spotkaniach z Vardarem. W pewnych momentach brakuje nam koncentracji. Mam nadzieję, że to już koniec.

Czy wszyscy zawodnicy są zdrowi?
– Z tych, co byli w Barcelonie – wszyscy. Wciąż do gry nie są gotowi Jacek Zieliński, Tomasz Łapiński, Tomasz Jarzębowski, Tomasz Sokołowski, Rudi Gusnić i Rafał Siadaczka.

Lubicie grać z Pogonią? Kibice Legii przyjaźnią się z fanami ze Szczecina.
– W Warszawie bardzo lubimy. Zawsze jest sporo ludzi, świetny doping dla obu zespołów i rzeczywiście panuje atmosfera przyjaźni. Gorzej, gdy trzeba jechać do Szczecina. Tam już tak miło nie jest. Niektórzy kibice po prostu nas wyzywają.

Rozmawiał ???
Gazeta Wyborcza

Zrodlo: Legia.net

2002-04-12 - Apetyt Magica
JACEK MAGIERA przyszedł do Legii na początku 1997 roku. Gra więc w stołecznym klubie już szósty sezon i osiągnął znaczącą pozycję – nie tylko jest pewniakiem w podstawowym składzie, zasiada również w radzie drużyny. No, i nigdy nie był jeszcze tak blisko tytułu mistrza Polski.

– Nie licząc oczywiście finiszu sezonu 1996/97, gdy Legii do wygrania rozgrywek ekstraklasy zabrakło nam zaledwie pięć minut w pamiętnym meczu z Widzewem – wspomina „Magic”. – Wówczas jednak byłem zawodnikiem bardzo młodym i praktycznie nie grałem. Teraz mam o wiele większy udział w osiągniętych wynikach. Wiosną wybiegam przecież w pierwszej jedenastce w każdym spotkaniu. Mam też ogromny apetyt na tytuł. Do Warszawy przeprowadzałem się właśnie po to, żeby spełniło się moje marzenie o mistrzostwie.

– Właśnie teraz Legia ma najsilniejszy skład?
– Na temat nazwisk nie będę się wypowiadał. Natomiast bez wątpienia tworzymy najlepszy kolektyw. Odkąd trafiłem na Łazienkowską nie było w drużynie takiej determinacji, takiego zrozumienia i chyba zintegrowania również. Dobrze się rozumiemy. Dlatego potrafimy walczyć na boisku do dziewięćdziesiątej minuty, a nawet dłużej. Zebrała się grupa osiemnastu, a nawet dwudziestu ludzi, którzy wreszcie ciągną wózek w tę samą stronę. Cóż z tego, że w poprzednich latach było w Legii z dziesięć gwiazd, skoro każda grała pod siebie? Myślę, iż połączył nas fakt, iż tak naprawdę nikt w ten zespół nie wierzył. A i teraz nie brakuje głosów w mediach, że jesteśmy słabi jak nigdy – kiepscy technicznie, źle przygotowani, słowem gorsi od Lokomotiwu Moskwa. Zwłaszcza pomocnicy. Wkurzają nas takie głosy i… jeszcze bardziej motywują.

– Zgodzi się pan jednak, że po meczach z Odrą Wodzisław w Pucharze Ligi i GKS Katowice można było odnieść wrażenie, iż przeżywacie kryzys?
– Owszem, bo po prostu nie odpowiadało nam śląskie powietrze. To oczywiście żart. Wiosną terminarz gier jest napięty i nie ma możliwości, żeby we wszystkich spotkaniach grać na najwyższych obrotach od pierwszej do ostatniej minuty. Muszą przyjść gorsze mecze i takie przytrafiły się nam właśnie w Wodzisławiu oraz Katowicach. Nie jest sztuką wywalczyć punkty, gdy gra się dobrze i wszystko wychodzi. Sztuką jest zapunktować wówczas, kiedy nic się nie udaje. Dlatego remis z GKS był taki ważny – z psychologicznego punktu widzenia. Podnieśliśmy się szybko i znokautowaliśmy Polonię. A z Odrą mamy jeszcze rewanż na Łazienkowskiej. Straty są więc do odrobienia.

– Po derby Warszawy zaczęło się świętowanie?
– Po meczu z Polonią wróciliśmy do normalnej, ciężkiej pracy. Nadzieje kibiców zostały rozbudzone, my też mamy świadomość wielkiej, niepowtarzalnej szansy. Pamiętamy jednak, że do końca rozgrywek pozostało pięć kolejek i nawet na moment nie wolno się rozluźnić. Mistrzem możemy zostać znacznie wcześniej. Jeśli wygramy trzy najbliższe mecze. Naszymi najbliższymi rywalami są Amica i Wisła, więc sprawę tytułu możemy rozstrzygnąć w bezpośrednich starciach. Powtórzę się: umiesz liczyć – licz na siebie. Nikt inny może już nie odebrać punktów naszym najgroźniejszym konkurentom.

– Na pierwszy ogień, już dziś, pójdzie zespół z Wronek. To wymagający rywal?
– Miejsce Amiki w tabeli nie kłamie. Wicelider rozgrywek musi prezentować solidny poziom i mieć w składzie klasowych zawodników. Doceniamy przeciwników, ale nie mamy przesadnego respektu. Kilku moich kolegów z kadry olimpijskiej stanowi teraz o sile Amiki. Będziemy musieli zwrócić szczególną uwagę na Grześka Króla i Tomka Dawidowskiego, bo ostatnio są w naprawdę wysokiej formie. Jestem jednak przekonany, że nasi obrońcy nie dadzą się oszukać. Bo to są dobrzy obrońcy.

– Rozmawiał pan ostatnio z kolegami z Amiki? Przekonywaliście się o wyższości swych drużyn?
– Widzieliśmy się miesiąc temu, gdy gościli na meczu ligowym na Łazienkowskiej. Nie dyskutowaliśmy zbyt długo, bo nie było czasu. Teraz też nie doszło do żadnych słownych utarczek, a tym bardziej pyskówek, nawet żartobliwych. Koncentrujemy się, nie ma sensu się rozpraszać.

– Kto jest faworytem?
– Wiemy, że Amica wiosną u siebie jeszcze nie straciła punktów, że jest na własnym boisku bardzo groźna. Ale nie oszukujmy się – faworytem jest Legia! Przyjechaliśmy do Wronek po korzystny rezultat. Bardzo dobry to zwycięstwo! Dobry – remis. Porażka w ogóle nie wchodzi w rachubę. Nie będziemy zresztą kombinować. Zagramy swoje, czyli cały czas do przodu. Jesienią daliśmy lekcję Amice na jej boisku. Dlaczego więc teraz miałoby być inaczej? Przerwiemy jej dobrą passę!

Rozmawiał ???
Przeglad Sportowy

Zrodlo: Legia.net

2002-04-07 - Mistrz Warszawy
– Za wrażenia artystyczne tytułu mistrza Polski się nie przyznaje, choć oczywiście każdy lubi obejrzeć piękny futbol. Piłka polega na tym, by strzelić więcej goli niż przeciwnik. A jeśli meczu nie można wygrać, to należy zremisować. I my to robimy – mówi „Gazecie” pomocnik Legii Jacek Magiera

Robert Błoński: Czy piłkarze Legii czują się już mistrzami Polski?
Jacek Magiera: Na razie jesteśmy mistrzami, ale Warszawy, bo pokonaliśmy Polonię 3:0. O tytule mistrzowskim marzymy, ale z pięciu ostatnich meczów musimy wygrać przynajmniej trzy. Wierzę, że już niedługo o tym, że Legia jest mistrzem nie będziemy mówić w trybie przypuszczającym. Ale w piłce wszystko jest możliwe.

Z czego wynika ta ostrożność?
– Bo to jeszcze nie koniec sezonu. Sześć punktów przewagi to dużo, ale poczekajmy przynajmniej do piątkowego meczu we Wronkach. Tam wiele się wyjaśni. Czujemy się mocni, przecież dawno nie przegraliśmy, ale Amica to dobry zespół. Zagramy tam swoją piłkę i zobaczymy, co się stanie.

Czy Legia gra najlepiej w Polsce?
– Zdarzyło się nam kilka spotkań, w których nie graliśmy, jak umiemy. Tak było w Katowicach czy w meczu z Ruchem. Ale zdobywaliśmy w nich punkty. I to najważniejsze. Po tym poznaje się klasowe drużyny. Na pewno jednak, jeśli wywalczymy tytuł mistrza Polski, to zasłużenie. Gramy dobrze lub przeciętnie. Nie zdarzyły się nam mecze tragiczne.

Czy Legii pomogły kłopoty Wisły?
– Nie obchodzi mnie, czy Wisła miała problemy. Nad nami nikt się nigdy nie użalał, więc nie widzę powodu, bym teraz ja płakał nad Wisłą. Poza tym, z tego co wiem, w Krakowie nie brakowało pieniędzy, byli na kilku obozach, mieli dobre warunki, by przygotować się do sezonu.

Zmienili trenera…
– Nic na to nie poradzę….

Za to w Legii w tym sezonie brakowało pieniędzy, transferów, a mimo to jest liderem. Im gorzej, tym lepiej? W poprzednich pięciu latach, kiedy niczego nie brakowało, takiej przewagi Legia nigdy nie miała?
– To nie jest reguła, że im gorzej, tym lepiej. Znam kluby, w których wszystko jest poukładane i zespoły grają znakomicie. Rzeczywiście, kiedyś nie brakowało niczego, oprócz…. wyniku. Teraz, choć czasem są kłopoty, jesteśmy drużyną. Na boisku i poza nim.

Czy to największa siła Legii?
– Tak. Kolektyw. Walczymy o pierwszej do ostatniej minuty. Nikt się nie oszczędza. Nie ma gwiazd, a rezerwowi, wchodząc na boisko, pomagają, a nie przeszkadzają. Atmosfera w zespole jest bardzo dobra. To też się liczy.

Ale są zastrzeżenia do poziomu gry Legii…
– Kto je ma?

Choćby dziennikarze.
– Wy zawsze macie zastrzeżenia. Są tacy, którzy zawsze będą pisać, że gramy słabo, że gole strzelamy ze spalonych albo po faulu na przeciwniku. I ja nie zmienię ich poglądów. Ale każdy ma swój punkt widzenia. Dla nas, zawodników, najbardziej liczą się opinie trenera, które nie zawsze zbieżne są z poglądami dziennikarzy. Ja wiem, że powinniśmy grać lepiej, ale chyba nigdy nie zagramy tak, by dziennikarze byli zachwyceni. Ciekawe, co byście pisali, gdybyśmy grali widowiskowo i zdobyli dotąd trzy punkty.

Czego Pana nauczył trener Dragomir Okuka. Tak, jak większość polskich zawodników Legii pracuje Pan po raz pierwszy z zagranicznym szkoleniowcem?
– Nie spotkałem się z niczym, czego wcześniej bym nie doświadczył. Nie ma w jego metodach żadnej nowości. Może tylko, w porównaniu z polskimi trenerami, inne są treningi.

Na czym polega różnica?
– Kiedy gramy raz w tygodniu, dzień po meczu mamy rozbieganie, odnowę. Następnego dnia pracujemy nad siłą, a później rozpoczynamy przygotowania do kolejnego meczu. Gramy trzech na trzech, czterech na czterech – w zależności od przeciwnika, od tego, jakim on gra systemem – trzema czy czterema obrońcami. Na treningu dużo jest gry na skróconym polu, ćwiczymy różne warianty taktyczne.

Czy z taką grą i w takim składzie, jak teraz, Legia ma szanse na awans do Ligi Mistrzów?
– Napisał Pan w piątek, że nie mamy szans nawet z przysłowiowym Lokomotiwem Moskwa. No więc ja na razie chcę z Legią zostać mistrzem Polski. Potem pomyślimy o Champions League.

Rozmawiał Robert Błoński
Gazeta Wyborcza

Zrodlo: Legia.net

2000-04-12 - Stawiam na nasze zwycięstwo
– Tuż po odejściu nie krył pan, że jest pan co najmniej zaskoczony i rozczarowany sposobem pożegnania przez trenera Smudę.

– O tym, że odejdę szkoleniowiec zadecydował już wczesniej, dawał mi to do zrozumienia, iż nie będzie ze mnie korzystał. Skoków adrenaliny jeszcze nie czuję, być może przyjdzie na to czas tuż przed pierwszym gwizdkiem sobotniego meczu.

– Będzie to również spotkanie… towarzyskie?

– Przed rozpoczęciem zawodów – z pewnością. Z przyjemnością porozmawiam z kolegami, z którymi po przenosinach do Łodzi nie było czasu się spotkać. Na boisku nie będzie jednak sentymentów, powalczymy na całego.

– Jak potoczą się pańskie losy po zakończeniu sezonu?

– Trudno okre?lić, co się stanie. W Łodzi podoba mi się, więc gdyby była możliwosć zostałbym w Widzewie. Do Legii, przynajmniej do czasu zakończenia kadencji pana Smudy, nie mam po co wracać. Przecież wyraśnie zaznaczył, że dla niektórych, w tym i dla mnie, czas na Łazienkowskiej już się skończył. To jednak nie oznacza, że do Warszawy już nigdy nie wrócę.

– Kto będzie faworytem sobotniego meczu?

– Pozycja w tabeli wskazuje na Legię. Widzew ma jednak wyrównany skład i u siebie jest w stanie wygrać. Ja stawiam na nasze zwycięstwo.

Rozmawiał Adam Godlewski
Przegląd Sportowy

Zrodlo: Legia.net

Trafic do kadry - 11.8.1994
Piotr Kazarinow
Zycie Czestochowy
11.8.1994

Wychowanek Rakowa – Jacek Magiera ma juz za soba kilka znaczacych sukcesow. Mimo, ze jeszcze wiele elementow pilkarskiego rzemiosla przyjdzie mu doskonalic, jest przykladem na to, ze niekoniecznie trzeba rozpoczynac kariere na plazach Copa-cabany, by w mlodym wieku trafic do kadry narodowej.

Jacku rozmawiajac z twoim bratem dowiedzialem sie, ze twoje zainteresowanie pilka nozna nie wzielo sie wcale za namowa taty? Jak to bylo naprawde z ta pilka nozna w twoim przypadku?
Na pewno namowil mnie do tego moj brat, ktory trenowal juz wczesniej u trenera Dobosza. Ja do Rakowa trafilem w 1988 do Jana Swojewicza, nie wiem dlaczego tak sie stalo. W pazdzierniku 1989 roku moim szkoleniowcem zostal Zbigniew Dobosz.

Czy tata – kierwonik pierwszej druzyny gral w pilke?
Wspominal, ze gral w Czestochowce jako trampkarz. W Rakowie rozegral jeden mecz miedzynarodowy w Smolensku. To byl jedyny mecz, ktory rozegral jako kierownik druzyny. Gral bardziej dla rozrywki.

Jak trafiles do kadry narodowej?
Wszystko zaczelo sie w 1989 roku. Jako reprezentacja Czestochowy bylismy na dwumeczu. Tam byl akurat trener Zamilski, ktory zwrocil na mnie uwage i powolal mnie w 1990 roku na oboz szkoleniowy do Kobylej Gory. Potem mialem polroczna przerwe z kadra. Nastepnie pojechalem jako zawodnik rezerwowy na turniej Europa, ktory rozgrywany jest kazdego roku w Krakowie i Nowym Saczu. Tam stalem sie zawodnikiem podstawowym i gram do tej pory.

Zeszly rok byl dla ciebie « zlotym » rokiem.
Wszystko zaczelo sie od eliminacji do mistrzostw Europy, gdzie wygralismy wszystkie cztery mecze zapewniajac sobie udzial w finale ME w Turcji. W samej Turcji rozpoczelismy niemrawo. W meczu cwiercfinalowym spotkalismy sie z Belgia, wygrywajac w karnych 2 :0. Polfinal gralismy z Francja, a pozniej byl final z Wlochami, ktory powinnismy wygrac duzo wyzej niz 1 :0.

Co czules w chwili, gdy odbierales medal?
Na pewno wielka radosc. Pracowalismy na ten sukces przez trzy lata. Z dwustuosobowej grupy zostala tylko ta szesnastka, ktora wywalczyla zloto. Bylo to cos wspanialego.

A jak zareagowali rodzice, gdy wrociles do domu?
Rodzice i brat po przyjezdzie zgotowali mi owacje. Cala rodzina mi gratulowala, a bylo to 21 osob. Zaskoczony stanalem i nie wiedzialem co mam powiedziec. Wszyscy byli bardzo zadowoleni.

Pozniej pojechales do Japonii na mistrzostwa swiata.
Tak. Zdobywajac tytul mistrza Europy zapewnilismy sobie miejsce w finale mistrzostw swiata. W grupie wywalczylismy pierwsze miejsce. W cwiercfinale wygralismy 3 :0 ze Stanami Zjednoczonymi. W polfinale ponieslismy porazke z Nigeria 1 :2. Nigeria przewyzszala nas przede wszystkim warunkami fizycznymi. W meczu o brazowy medal przegralismy w rzutach karnych 2 :4 z Chile.

Z pewnoscia dzieki pilce noznej zwiedziles troche swiata.
Zwiedzilem prawie cala Europe. Bylem w Ameryce Poludniowej w Wenezueli i w dwoch krajach azjatyckich – Japonii i Turcji.

Czy zawsze byl czas na zwiedzanie?
Do Japonii przyjechalismy poltora tygodnia wczesniej, dzieki czemu zwiedzilismy prawie cala Hiroszime. W Wenezueli turniej trwal trzy tygodnie, a mecze rozgrywane byly co dwa dni wiec na zwiedzanie tez bylo troche czasu. W Turcji rowniez mielismy dla siebie duzo czasu. Gorzej bylo juz w Walii, gdzie przyjechalismy troche za pozno.

Jak godzisz te wszystkie wyjazdy z obowiazkami szkolnymi?
Zawsze jest ciezko pogodzic te dwie sprawy, ale trzeba sobie jakos radzic. Wychodzi mi to nie najgorzej. Duza jest w tym rowniez zasluga nauczycieli, ktorzy przymykaja oko na moje wyjazdy i staraja sie mi pomagac.

W sobote wrociles ze zgrupowania kadry narodowej do lat 18. Bylo to juz jedna z ostatnich przygotowan do eliminacji mistrzostw Europy…
Dokladnie byl to nasz ostatni sprawdzian. Teraz czeka nas juz 7 wrzesnia mecze w Czechowicach Dziedzicach z Czechami. Tak wiec do rozgrywek przystapimy nieco z marszu. Jesli wygramy eliminacje wowczas czekaja nas mistrzostwa Europy w Grecji.

Czy jest szansa powtorzyc sukces z ubieglego roku?
Zawsze bylo tak, ze sukcesy odnosila zawsze reprezentacja Polski do lat 16. Reprezentacja do lat 18 rzadko awansowala do mistrzostw Europy. Mysle, ze nadszedl czas, aby to zmienic. Uwazam, ze jest mozliwe powtorzyc sukces z ubieglego roku.

W zeszlym roku zadebiutowales w II lidze. Czy ciezko bedzie ci zadebiutowac w ekstraklasie?
Na pewno latwo to nie bedzie. Jak widac zawodnicy Rakowa graja dobrze. Przebic sie jest bardzo ciezko, ale ja spokojnie czekam na swoja szanse.

Czy swoja przyszlosc zamierzasz zwiazac z pilka, czy tez traktujesz to wszystko jako hobby?
W pilke chcialbym grac zawodowo.

Jacku twoja prognoza dotyczaca Rakowa w I lidze.
Rakow powinien utrzymac sie w ekstraklasie. Mysle, ze wkrotce odbije sie od dna i znajdzie sie w srodku tabeli.

Dziekuje za rozmowe

Ten rok musi byc lepszy - 1995
Andrzej Kawka
1995

Jacek Magiera – 18 lat, obronca, defensywny pomocnik. W Rakowie od 1988 r., poczatkowo u trenera Jana Swojewicza, od 1989 u Zbigniewa Dobosza.

W ubieglym roku byles z pewnoscia najbardziej zapracowanym pilkarzem Rakowa. Wystepy w druzynie rezerwowej, reprezentacji oraz nauka. Jak udaje ci sie godzic tyle obowiazkow?
Jakos mi sie udaje. Po prostu robie co do mnie nalezy.

Gra w pilke nie przeszkadza ci w nauce?
Z pewnoscia nie. Zreszta, w szkole idzie mi niezle, choc uczciwie trzeba przyznac, ze nauczyciele na nas, pilkarzy patrza, dosyc laskawie. Duzo im zawdzieczamy.

Ktory przedmiot lubisz w szkole?
Jezyk polski oraz geografie.

Z tym ostatnim przedmiotem nie masz chyba najmniejszych problemow? Po tylu wojazach z reprezentacja geografie masz pewnie w jednym palcu?
Owszem, zwiedzilem troche swiata. Prawie cala Europe, nie bylem tylko w krajach skandynawskich, poza Dania oczywiscie. Zwiedzilem takze Japonie, Turcje, Ameryke Poludniowa.

Z Turcji i Japonii masz z pewnoscia szczegolnie dobre wspomnienia?
Tak, poniewaz tam wlasnie osiagnielismy z reprezentacja Polski najwieksze sukcesy. Mistrzostwa Europy w Turcji i czwarte miejsce w mistrzostwach swiata w Japonii.

Co jest dla ciebie wazniejsze : gra w pilke czy nauka?
Na pierwszym miejscu stawiam jednak pilke. Nie znaczy to jednak, ze zaniedbuje nauke. Po skonczeniu technikum chce studiowac wychowanie fizyczne.

W Czestochowie?
Chyba tak.

Czyli nie obawiasz sie troche, ze mozesz nie zdazyc zadebiutowac w I lidze?
Wierze, ze jezeli nawet nie zagram wiosna, to zdaze pozniej. Jestem bowiem przekonany, ze Rakow utrzyma sie w I lidze.

Wspomnielismy o twoich reprezentacyjnych wystepach. Przypomnij ten rozdzial swojej kariery.
Zagralem w reprezentacji, w oficjalnych meczach, 55 razy, strzelilem 7 bramek. Najbardziej udana mialem koncowke reprezentacyjnej przygody. Zdobylem kilka goli i zostalem najskuteczniejszym zawodnikiem druzyny.

Szkoda, ze ten ostatni wystep sie nie udal.
Tak sie, niestety, czasami zdarza. Uwazam, ze mimo wszystko Dania byla do ogrania.

Wrocmy do spotkan ligowych. Kilka razy byles w « szesnastce » na mecz w I lidze, siedziales jednak zawsze na lawce rezerwowych. Jak sie oglada mecz z lawki?
To bardzo denerwujace. Zdecydowanie bardziej wole grac, niz siedziec na lawce. Kiedy wychodze na boisko, w ogole sie nie denerwuje.

Jak oceniasz Rakow po pierwszej rundzie?
Uwazam, ze zabraklo nam troche szczescia i doswiadczenia. Gra nie byla przeciez najgorsza. Rakow nie powiedzial jednak jeszcze ostatniego slowa. Ten rok musi byc lepszy. Wierze w umiejetnosci Dobosza. To jest czlowiek, ktory wszystko poswiecil pilce. Ja osobiscie takze duzo mu zawdzieczam. Wystarczy powiedziec, ze po roku treningow u trenera Dobosza trafilem do reprezentacji Polski.

Co porabiasz w wolnych chwilach?
Wlasciwie, to w ogole nie mam wolnych chwil. Caly dzien wypelniony jest nauka i treningiem. Do domu wracam przewaznie dopiero wieczorem.

1 stycznia Jacek Magiera ukonczyl 18 lat. To piekny wiek. W sam raz, by zadebiutowac w ekstraklasie, grac w niej dlugi o strzelic duzo bramek. I tego wlasnie Jackowi zyczymy!

Haslo : reprezentacja olimpijska - 17.4.1996

Zycie Czestochowy
17.4.1996

Jacek Magiera, 19-letni pilkarz Rakowa Czestochowa rozpoczal kolejny etap swojej futbolowej kariery. Tym razem jest to reprezentacja olimpijska. Jego przygoda z reprezentacja narodowa rozpoczela sie dosc dawno, bo w 1989 roku od zgrupowania kadry w Kobylej Gorze. Pierwszy epizod z kadra nie byl jednak dlugi. Dopiero po roku powolany zostal na pierwszy mecz, w ktorym, jak sam twierdzi, wypadl calkiem niezle. Od tego spotkania, a wiec poczawszy od U-14, poprzez U-15, U-16…, a na U-19 skonczywszy do kadry powolywany jest systematycznie. W wieku 16 lat wraz z reprezentacja odniosl, jak do tej pory, najwieksze sukcesy. -Trzy lata temu wywalczylismy awans do mistrzostw Europy w Turcji. Tam zdobylismy tez tytul mistrza Europy. Kolejnym sukcesem bylo nieoficjalne mistrzostwo Ameryki. W finale przegralismy w karnych – wspomina Jacek Magiera. W wieku 17 lat Jacek i jego koledzy z druzyny ponownie okazali sie najlepszym zespolem w Europie. Na mistrzostwach swiata w Japonii zajeli czwarte miejsce. Rok pozniej niestety nie bylo juz takich sukcesow, a blamaz w Danii na dlugo utkwil mu w pamieci. – Przegralismy z Dania az 0 :10. Moze troche za wysoko, ale dobrze, ze tak sie stalo. Porazka ta sprowadzila nas na ziemie – mowi Jacek. –Teraz od podstaw budowana jest kadra olimpijska U-19. Na pierwsza konsultacje z trenerem przyjechalo 24 zawodnikow. Trener wybral 16, ktorzy wyjechali na mecz towarzyski z Wlochami. Jacek zapytany czy spodziewal sie powolania do kadry olimpijskiej, przyznal, ze nie byl ta wiadomoscia zaskoczony. Z wypowiedzi trenera kadry olimpijskiej wynikalo natomiast, ze z postawy Jacka w meczu przeciwko Wlochom jest zadowolony. Ponadto w meczu tym zawodnik Rakowa wystepowal w roli kapitana druzyny. –Na szczescie osob pietnascie opowiedzialo sie za moja osoba. Jedna osoba wstrzymala sie od glosu. Bylem to ja. Jest to wyraz, ze moi reprezentacyjni koledzy daza mnie szacunkiem i zaufajniem. – opowiada Jacek, jak zostal wybrany kapitanem druzyny olimpijskiej. Szacunek kolegow Jacek zdobyl poprzez liczne wystepy w reprezentacji, bowiem ma ich juz na koncie, lacznie z tymi przeciwko Rosji 60. W spotkaniach tych zdobyl 7 bramek. Na pierwszy mecz nowo tworzonej reprezentacji olimpijskiej oprocz Jacka Magiery do Wloch udali sie : Andrzej Bledzewski (Baltyk Gdynia), Aleksander Ptak (GKS Belchatow), Marcin Baszczynski (Ruch Chorzow), Artur Kalinowski (Hutnik Warszawa), Adrian Sobczynski (Granat Skarzysko), Marcin Sporakowski (Gornik Konin), Artur Wichniarek (Gornik Konin), Maciej Terlecki (LKS Lodz), Marcin Szulik (Polonia Warszawa), Lukasz Surma (Wisla Krakow), Artur Najewski (Warta Poznan), Pawel Sobczak (Petrochemia Plock), Rafal Szczawinski (Lublinianka), Michal Wieleba (Motor Lublin), Maciej Malinowski (Stilon Gorzow). Jak widac wsrod tej « szesnastki » zawodnikow pierwszoligowych mozna policzyc na palcach jednej reki. –Fakt, iz wiekszosc zawodnikow kadry olimpijskiej stanowia zawodnicy z II ligi o niczym nie swiadczy. Wczesniej w reprezentacji rowniez ja wystepowalem jako zawodnik II ligi, pomimo, ze nawet nie gralem w podstawowym skladzie. Bede dazyc do tego, by grac w podstawowym skladzie. Taki postawilem sobie cel. Pozniej byl dwumecz z Rosja, po ktorych pilkarz Rakowa zebral pochlebne rezenzje. –Uznano mnie za najlepszego zawodnika. Wyrozniony zostalem efektownym pucharem. Wydaje mi sie, ze stac mnie na wiecej. Wracajac jednak do tych meczow musze nadmienic, ze warunki byly fatalne, bardzo odbiegajacych od tych z Wloch, gdzie chcialo sie, az gryzc trawe – wspomina Jacek. Tym razem w kadrze znalezli sie ponadto, oprocz wyzej wymienionych zawodnikow : Grzegorz Trescinski (Olimpia Lechia), Daniel Trescinski (Zaglebie Sosnowiec), Maciej Michniewicz (Odra Opole).

Jacek prywatnie
Jest uczniem piatej klasy technikum hutniczego o profilu metalurgicznym. Pasja Jacka jest jednak nie tylko gra w pilke. Z powodzeniem radzi sobie takze z akordeonem. Przygoda z nutami rozpoczela sie od szkolnego choro. Pozniej za namowa Andrzeja Kowalskiego futbolista Rakowa wystepowal w zespole muzycznym. –Trzy lata uczylem sie grac na akordeonie, potem czas nie pozwalal, by dalej sie doskonalic. W tej chwili rzadko juz siegam po akordeon, czasami za namowa rodziny – mowi o swoich pozaboiskowych i pozaszkolnych zajeciach Jacek. W dniach 12-13 marca Jacek napisal probna mature i teraz z « niecierpliwoscia » czeka by zlozyc egzamin dojrzalosci. Po szkole sredniej planuje podjac studia. Gdzie ? Sam jeszcze konkretnie nie wiem. Pewny jest jednego, ze musi to byc kierunek o profilu sportowym.

O kibicach
Mlodosc ma swoje wady i zalety. Czesto zdarza sie tak, ze mlodych pilkarzy deprymuja potkniecia, ktore czesto echem odbijaja sie na trybunach. –Nie mam pretensji do szalikowcow. Oni chyba sa najlpeszymi kibicami, bowiem dopinguja nas przez caly mecz, sa z nami rowniez na wyjazdowych spotkaniach. W ten sposob nam pomagaja. Inny typ kibica to ci, ktorzy za drobne potkniecie sa gotowi zmieszac zawodnika z blotem. Jesli wydaje im sie, ze w ten sposob niosa pomoc – grubo sie myla – mowi o kibicach Jacek. Zapytany o najladniejsza bramke w swojej karierze przyznal sie, iz sa dwie takie. Obie zostaly strzelone na 1 :0. Pierwsza, jak twierdzi najladniejsza, padla w Wenezueli w meczu przeciwko Wlochom. Podobna w spotkaniu przeciwko Stali Mielec. –To byla bramka z « dedykacja » dla wszystkich, ktorzy podczas tego meczu domagali sie mojej glowy. Okazuje sie, ze Jacek na boisku jest bardzo zdyscyplinowanym zawodnikiem. Dotychczas zostal ukarany tylko trzema zoltymi kartonikami. Po raz pierwszy jako reprezentant, drugi w spotkaniu ekstraklasy z GKS-em Belchatow, kolejny w miniona niedziele w Lodzi.

Jacek ma jeszcze duzo czasu - 1994

Jacek ma jeszcze duzo czasu
1994

Jednym z najbardziej zapracowanych ludzi w klubie jest kierwonik druzyny Tadeusz Magiera. Do jego obowiazkow naleza wszystkie tzn. Sprawy organizacyjne, czyli zwiazane z meczem. Tadeusz Magiera : Jest tego sporo. Trzeba wypelnic protokol, dokonac zmiany na polecenie trenera. Musze przestrzegac, by zawodnicy mieli zgodne z protokolem numery na koszulkach, sprawdzac, czy maja aktualne badania lekarskie. Podczas wyjazdow musze zapewnic druzynie miejsca w hotelu, wyzywienie. Do moich obowiazkow nalezy takze opieka nad sedziami, kontakty z nimi. Rowniez przestrzeganie tego, by w czasie meczu nie siedzial na lawce obok trenera nikt, kto nie jest do tego uprawniony. Nawet prezesowi klubu nie wolno tam siedziec.

Czy w pierwszej lidze przybedzie panu obowiazkow?
To sie raczej nie zmienia. I i II liga niewiele sie pod tym wzgledem roznia. Najtrudniej mimo wszystko awansowac do I ligi.

Pana syn, Jacek, jest chyba najbardziej utytulowanym w tej chwili pilkarzem Rakowa. Czy inaczej oglada pan mecz wtedy, kiedy gra syn?
Na pewno jest wtedy wiecej emocji, troche sie denerwuje, ale z drugiej strony wiem, ze to jest przeciez mlody czlowiek, ktory ma jeszcze duzo czasu i na nauke, i na gre. Jezeli Jacek gra w meczu i zagra dobrze, to oczywiscie jestem bardzo zadowolony.

Przyjmuje pana krytyczne uwagi?
Przyjmuje

Przez reprezentacje do pierwszej druzyny Gdzie latwiej trafic : do reprezentacji Polski, czy do pierwszej druzyny Rakowa?
Jacek Magiera : Jezeli trafia sie do reprezentacji, to w klubie jest nieco latwiej wtedy.

Jak ci sie gra w rezerwach Rakowa?
Bardzo dobrze. Staramy sie wywalczyc awans do III ligi, choc zdajemy sobie sprawe z tego, ze bedzie ciezko. Z najgrozniejszymi przeciwnikami gramy jednak u siebie.

Jakie sa twoje najblizsze reprezentacyjne plany? Czy kontaktuja sie z toba trenerzy kadry narodowej?
Tak, utrzymujemy telefoniczny kontakt. A co do planow, pod koniec maja reprezentacja Polski wystapi w turnieju w Paryzu, w ktorym wezma udzial najlepsze druzyny francuskie oraz jedna tylko druzyna narodowa, wlasnie polska. Bedziemy tam grac z zawodnikami troche od nas starszymi.

Czy masz jakies szczegolne zalecenia od trenera kadry?
Grac w pierwszej druzynie Rakowa.

Ja po prostu lubie grac w pilke - 1993

Piotr Toborek
1993

Jacek Magiera jest jednym z tych czestochowskich sportowcow, ktorzy odnosili w roku 1993 najwieksze sukcesy. Zloty medal mistrzostw Europy, wspaniala postawa na mistrzostwach swiata w Japonii, gdzie nasza reprezentacja zdobyla czwarte miejsce i debiut w drugoligowej druzynie Rakowa – to jak na jeden rok bardzo duzo.

– Czy trafiles do Rakowa za namowa taty, ktory jest klubowym dzialaczem?
Tata nie mial z tym nic wspolnego. W klubie trenowal moj brat i on mnie zachecil.

– Pewnie juz w dziecinstwie wyrozniales sie pilkarskim talentem?
Wrecz odwrotnie. Nigdy nie nalezalem do tych najlepszych. Lubilem kopac pilke, ale gdy wybierano sklad druzyny, bylem tym ostatnim, na ktorego sie decydowano.

– Grasz na roznych pozycjach. Ktora z nich jest ta ulubiona?
Wlasciwie jest mi to obojetne. Lubie grac i na srodku obrony i na boku, czasem wystepuje tez w pomocy. Wszystko zalezy od tego, jakie sa potrzeby druzyny. W reprezentacji juniorow spelnialem zadanie zdecydowanie defensywne. Najwazniejsze, aby grac w pierwszym skladzie.

– Kiedy trafiles do kadry?
W roku 1989. Po turnieju finalowym rozgrywek im. Waclawa Kuchara organizowano zgrupowanie selekcyjne, na ktore otrzymalem powolanie. Moim debiutem byl mecz przeciwko Rumunii. Rozegralem dotad 49 spotkan w druzynie reprezentacyjnej i strzelilem 4 bramki. Troche malo.

– Co najbardziej utkwilo Ci w pamieci z sukcesow mijajacego roku?
Najwspanialszym momentem byla chwila, gdy wreczano nam medale mistrzostw Europy. Pamietam tez radosc po zwycieskich meczach mistrzostw swiata.

– Miales okazje byc w wielu krajach, nie zawsze chyba macie czas na zwiedzanie?
Dzieki grze w reprezentacji mialem okazje poznac prawie cala Europe, czesc Azji, bylem rowniez w Ameryce Poludniowej.

– Jak sobie radzisz w szkole?
W zwiazku z wyjazdami mialem wiele nieobecnosci. Jednak dzieki wyrozumialosci moich nauczycieli z Technikum Hutniczego przy ulicy Lukasinskiego (ktorym przy okazji chcialbym serdecznie podziekowac) udalo mi sie nadrobic zaleglosci.

– Oprocz sukcesow z reprezentacja spotkalo cie tez wyroznienie w klubie.
Bardzo sie ciesze, ze czterokrotnie udalo mi sie zagrac w meczach ligowych. W dwoch meczach wchodzilem na boisko za Andrzeja Wroblewskiego, ktory ma dwa razy wiecej lat niz ja – to dodatkowo mobilizuje.

– Co bardziej tremuje : mecze w reprezentacji czy spotkania ligowe?
Ja w ogole specjalnie sie nie denerwuje. Udzial w mistrzostwach Europy i swiata dal mi doswiadczenie, ktore sprawia, ze teraz treme mam z glowy.

– Jacy pilkarze Ci imponuja?
W samym Rakowie jest kilku naprawde dobrych pilkarzy i od kazdego czegos mozna sie nauczyc. Bardzo podoba mi sie styl Andrzeja Wroblewskiego, ktory gra podobnie jak Franco Baresi. Wlasnie Baresi i Zbigniew Boniek to pilkarze, ktorych chcialbym nasladowac.

– W ubieglym roku nie miales zbyt wiele czasu dla siebie. Czy czujesz sie zmeczony?

Faktycznie, w pewnym momencie mialem dosc pilki. Przez caly rok poza domem spedzilem az 105 dni, a w czasie wakacji bylem w Czestochowie jedynie 6 dni. Na szczescie trener Dobosz dal mi odpoczac. Kiedy przyszedlem do klubu, to ciezko sie bylo przyzwyczaic do codziennych treningow, meczow. Czasami myslalem, zeby dac sobie spokoj. Teraz z przyjemnoscia chodze na zajecia. Ja po prostu lubie pilke nozna. Kiedy jeszcze spojrze na medale, to dostaje dodatkowych sil. Kiedys mielismy spotkanie z trenerem Piechniczkiem, ktory powiedzial, ze zna tylko jeden sluszny kod pilkarski : 4-7-12. Oznacza to treningi przez 4 godziny dziennie, 7 dni w tygodniu przez 12 miesiecy w roku. Mysle, ze to naprawde jedyna metoda, aby do czegos dojsc.

– Twoj ojciec jest kierownikiem Rakowa, czy wczesniej rowniez gral w pilke?
Nie tata nigdy nie byl pilkarzem, z tego co wiem rozegral tylko jeden oficjalny mecz, a bylo to spotkanie oldboyow Rakowa.

– Czy Rakow awansuje do pierwszej ligi?
Bedzie bardzo ciezko, ale gleboko wierze, ze sie uda.

– Jakie masz plany i marzenia na rok 1994?
Chcialbym znalezc miejsce w pierwszej druzynie Rakowa, choc nie bedzie to latwe. Licze rowniez na awans reprezentacji juniorow do finalow mistrzostw Europy. Wylosowalismy Czechow i Dunczykow. Z tymi pierwszymi mialem okazje grac wielokrotnie i jest to bardzo dobra druzyna. To oni jednak musza sie martwic – zagraja z mistrzami Europy.

Ogladal nas Lineker - 1993
Andrzej Kawka
Gazeta Czestochowska
1993

Przed pierwszym meczem turnieju pilkarskiego juniorow z okazji 100-lecia sportu czestochowskiego (o turnieju piszemy obok) odbyla sie mila uroczystosc. Jacek Magiera, pilkarz czestochowskiego Rakowa otrzymal puchar, ufundowany przez trenerow, kierownictwo i kolegow z zespolu za dobre wystepy w Japonii i godne reprezentowanie podczas mistrzostw swiata w pilce noznej juniorow. Z gratulacjami pospieszylismy i my. Nie omieszkalismy rzecz jasna zapytac pilkarza czwartej druzyny swiata o wrazenia z pobytu w Japonii.

– Co w takim razie najbardziej utkwilo ci w pamieci?
-Niewatpliwie wizyta w muzeum poswieconym skutkom wybuchu bomby atomowej w Hiroshimie. Zebrata tam dokumentacja jest wstrzacajaca.

– Pilka nozna cieszy sie w Japonii coraz wieksza popularnoscia, glownie za sprawa wielu pilkarskich slaw wystepujacych w tamtejszej lidze. Czy mieliscie okazje spotkac jakiegos znanego pilkarza?
-Nasz mecz z Chile o 3 miejsce w mistrzostwach ogladal Gary Lineker. A co do popularnosci pilki w Japonii, to prawda. Spotkanie z Chile obserwowalo 26 tys. Widzow, final – jeszcze wiecej.

– Wrocmy do tego nieszczesnego meczu o 3 miejsce. Jak to sie stalo, ze przegraliscie?
-To byl taki mecz, ktory powinnismy wygrac 5 :0, a zeszlismy z boiska pokonani 2 :4 w rzutach karnych. Zawiodla skutecznosc, jeden z naszych pilkarzy mial przynajmniej 4 tzw. Stuprocentowe okazje do strzelenia gola. Mogl po tym meczu zostac krolem strzelcow.

– Szkoda tego trzeciego miejsca, ale i tak uratowaliscie honor Europy. W koncu jako jedyni reprezentaci Starego Kontynentu dotarliscie do strefy medalowej.
-No wlasnie. To tez jest wazne. Fakt, ze bylismy jedyna europejska reprezentacja w polfinalach potwierdzil przeciez, ze zdobycie przez nas w tym roku tytulu mistrzow Europy nie bylo dzielem przypadku. A wiele osob wyglasza takie opinie.

– Dziekuje za rozmowe i zycze – w imieniu « Gazety Czestochowskiej » – kolejnych sukcesow.

Pilkarz wszechstronny - 13.9.1993
13.9.1993

Pilkarz wszechstronny W RKS Rakow zawsze byla utalentowana pilkarska mlodziez. Rowniez w tym roku mlodzi pilkarze « pokazali sie ». Reprezentacja juniorow mlodszych zdobyla tytul wicemistrzow Polski. Sukces na arenie miedzynarodowej odniosl grajacy w reprezentacji Polski do lat 17 Jacek Magiera. Najpierw wraz z ekipa polska wywalczyl mistrzostwo Europy, a nastepnie zajal czwarte miejsce w mistrzostwach swiata. Po powrocie do kraju pilkarz podzielil sie swymi refleksjami z pobytu w Japonii : – Do mistrzostw przygotowalismy sie bardzo starannie. Bylismy na turnieju w Wenezueli, mielismy zgrupowanie w Wisle, a do Japonii przybylismy na tydzien przed rozpoczeciem mistrzostw. Pierwszym naszym przeciwnikiem byla Tunezja. Bylo parno i duszno, co bardziej sprzyjalo naszym rywalom, jednak w pierwszej polowie to my zdobylismy bramke. Oni po przerwie doprowadzili do remisu, ale spotkanie skonczylo sie naszym zwyciestwem 3 :1. Kolejnym rywalem byli bardzo dobrzy technicznie Chinczycy. W drugiej czesci spotkania uzyskalismy przewage i wygralismy mecz 2 :0. Mielismy juz wtedy zapewniony awans z grupy. Ostatnim przeciwnikiem w eliminacjach byli pilkarze Chile. Zagralismy rezerwowym skladem i uzyskalismy prowadzenie 3 :1, jednak w koncowych minutach Chilijczycy zdolali wyrownac. Najlepszym naszym spotkaniem byl cwiercfinalowy pojedynek ze Stanami Zjednoczonymi. Amerykanie starali sie grac z kontry i stworzyli kilka groznych sytuacji. Mecz zakonczyl sie jednak naszym zwyciestwem 3 :0, a ja zdobylem bramke w ostatniej minucie. Naszym polfinalowym przeciwnikiem byla Nigeria. Ogladalismy ich w spotkaniu z Japonia i trener nasz byl pelen obaw. Pierwsza polowa zakonczyla sie bezbramkowo, ale pozniej oni uzyskali prowadzenie. Po stracie gola nasza druzyna zalamala sie i przegralismy 1 :2. O trzecie miejsce gralismy z Chile. Mecz mial sie nie odbyc, gdyz przeszedl tajfun, ale ogranizatorzy zdolali przygotowac tak dobrze murawe, ze nie bylo sladu wody, a nawierzchnia byla rowna. W pierwszej czesci meczu moglismy prowadzic nawet 4 :0. Niestety, tylko Marek Szulik wykorzystal dogodna sytuacje. Na 3 min. przed koncem sedzia podyktowal problematyczny rzut karny, ktorzy wykorzystali Chilijczycy. O tym, kto zdobedzie trzecie miejsce zadecydowaly rzuty karne. Przegralismy je 2 :4. Mecz ogladalo 25.000 kibicow. W Japonii pilka nozna stala sie w ostatnich latach bardzo popularna. Na mecze ligi zawodowej przychodzi po 80 tysiecy widzow. W rozgrywkach graja legendy futbolu, np. Linecker, Zico. W mistrzostwach gralem na roznych pozycjach, w pomocy, jako stoper, forstoper, krylem rowniez indywidualnie. O tym, gdzie bede gral zadecyduja trenerzy. Japonia jest pieknym krajem. Najwieksze wrazenie wywarlo na mnie muzeum w Hiroszimie. Byl tam miedzy innymi glaz, na ktorym siedzial czlowiek w momencie wybuchu. Pozostala po nim tylko plama na kamieniu. Przezylem rowniez 50-sekundowe trzesienie ziemi. Wspaniale sa 45-metrowe drapacze chmur. Andrzej Zamilski nie bedzie prowadzil juz naszej reprezentacji. Bedziemy przygotowywac sie do mistrzostw swiata juniorow do lat 18. Nasz rocznik jest rocznikiem olimpijskim, wiec byc moze… Od poniedzialku wznawiam treningi. Zaczyna sie rowniez rok szkolny. Uczeszczam do trzeciej klasy Technikum Hutniczego. Dobrze, ze mam wyrozumialych nauczycieli.

Dorownac najlepszym - 1993
1993

Rozwydrzona grupa czestochowskich nastolatkow postanowila zostac kibicami pilki noznej, zwolennikami Rakowa. W tym celu zaopatrzyla sie w stosowne, owiane juz zla slawa pomaranczowe kurtki i olbrzymi transparent z niecenzuralnym napisem « Legia k… ». Co ma Legia do meczu Rakowa z Baltykiem (wtedy wlasnie bowiem mialy miejsce opisywane wydarzenia?) – nie wiadomo. Wiadomo natomiast, a bylo to widac i – niestety – slychac, ze na zdecydowanie interweniujaca policje posypaly sie chamskie odzywy i calkiem materialne dowody (petardy) « niezadowolenia » mlodych ludzi z faktu odebrania im rajcownej zabawki, czyli rzeczonego transparentu. Dzialo sie to dokladnie w tym samym czasie, kiedy rownolatek tych pseudo-kibicow, czestochowianin Jacek Magiera, zupelnie inaczej rozladowal mlodziencza energie, broniac barw Polski podczas mistrzostw swiata w pilce noznej w Japonii. Jacek Magiera nie jest widac dobrym wzorem do nasladowania. Pewnie sa nimi beznadziejnie glupi, przychodzacy na mecze nie wiadomo po co, wywiezieni na szczescie ze stadionu policyjna nysa pseudo-kibice.

Nauka i pilka - 17.5.1993

Rozmawial: Janusz Strzelczyk
Trybuna Slaska
17.5.1993

Rozmowa z JACKIEM MAGIERA, pilkarzem Rakowa Czestochowa, zlotym medalista ME do lat 16.

– Zanim zostala wyloniona reprezentacja Polski na ME druzyn do 16 lat w Turcji, przez zespol trenera Zamilskiego przewinelo sie blisko 200 zawodnikow. Jaka byla twoja droga do kadry?
– Zaczelo sie wszystko w 1990 r. Wtedy pojechalem wraz z reprezentacja Czestochowy do Czeladzi na mecze w lidze miedzyregionalnej z udzialem druzyn z Opola, Bielska-Bialej, Katowic. Tam byl trener Zamilski i po tym turnieju powolal mnie na krotkie zgrupowanie do Kobylej Gory. Potem dostalem powolanie do turnieju Kuchara we Wroclawiu. Mialem tez polroczna przerwe w kontaktach z reprezentacja kraju, do turnieju « Europa » w Nowym Saczu. Od tamtej pory jestem juz regularnie powolywany do reprezentacji kraju.

– Byles jednym z pieciu pilkarzy w naszej druzynie, ktorzy rozegrali w Turcji wszystkie mecze od poczatku do konca. Trener widac ma do ciebie duze zaufanie.
– Rzeczywiscie gralem we wszystkich meczach. Zaczalem od spotkania ze Szwajcaria na prawej pomocy, a skonczylem w finale na prawej obronie. I tak, bylem raz na prawej pomocy, raz na prawej obronie, a takze na srodku obrony. Mialem rowniez indywidualne zadania zwiazane z kryciem konkretnego zawodnika.

– W druzynie juniorow Rakowa grasz glownie na prawej obronie. Ta pozycja ci najlepiej odpowiada?
– Dobrze sie czuje w tej roli na boisku. Gra mi sie na tej pozycji bardzo dobrze.

– Ktore mecze w finalach ME byly najtrudniejsze?
– Uwazam, ze dwa. Juz ten pierwszy, ze Szwajcaria. Gdy stracilismy bramke w 2 minucie i co tu kryc, bylismy troche zalamani. Potem jednak wyrownalismy i mielismy nawet przewage, ale to byl trudny pojedynek. Drugi mecz to polfinal z Francja. Nie tylko wedlug mnie bardzo ciezki. Przeciwnicy przewyzszali nas troche umiejetnosciami technicznymi. My przeciwstawilismy im wieksze zaangazowanie w gre, walke. I to przynioslo efekty przede wszystkim w dogrywce. Wygralismy 2 :1.

– Do reprezentacyjnej druzyny bylo trudno sie dostac i pewnie nie jest latwo sie w niej utrzymac?
– Bardzo trudno jest zapewnic miejsce w pierwszej druzynie. Prawde mowiac nie ma zawodnika, ktory bylby pewny swego miejsca. Co roku probowanych jest wielu nowych pilkarzy. Ciezko jest zdobyc zaufanie trenera, przekonac, ze jest sie dobrym.

– Kto z waszej « zlotej » druzyny ma w twojej opinii zadatki na wielkiego pilkarza?
– Zespol stanowi kolektyw. Nie ma szczegolnie wybijajacych sie indywidualnosci. Praktycznie wszyscy sa dobrzy.

– Czy do Japonii, na mistrzostwa swiata pojedziecie w tym samym skladzie, ktory gral w Turcji?
– Sadze, ze bedzie, to ten wlasnie sklad, wzmocniony dwoma pilkarzami, bo do Japonii pojedzie osiemnastu zawodnikow. Moze znajdzie sie wsrod nich Artur Majewski z Olipmii Poznan, ktory przed ME byl kontuzjowany.

– W macierzystym klubie pewnie bedziesz wprowadzany do pierwszego zespolu. – Na razie chcialbym odpoczac troche po mistrzostwach Europy, ale nie kryje, ze moim najblizszym celem jest wlasnie zakwalifikowanie sie do pierwszej druzyny Rakowa.

– Jak twoj sukces przyjeli w szkole koledzy, nauczyciele?
– W szkole w zasadzie jeszcze nie bylem, bo teraz sa strajki, matury. Chcialbym jednak bardzo podziekowac nauczycielom, ze umozliwili mi dobre przygotowanie sie do turnieju w Turcji.

– Powiedz cos o sobie : co robisz poza gra w pilke, do jakiej szkoly chodzisz?
– Mam juz skonczone szesnascie lat, jestem uczniem drugiej klasy technikum hutniczego. Poza nauka i pilka nozna nie mam juz na nic czasu. Nie chodze na dyskoteki. Trenuje codziennie przez caly tydzien. Zaczalem grac w druzynie Rakowa w 1987 r.

– Czy masz ulubionych pilkarzy?
– Jest wielu znakomitych graczy. Podoba mi sie wloski obronca Franco Baresi i Marco Van Basten.

– Dziekuje za rozmowe.